Profilo di Adam M. Grudziń...Moim zdaniemFotoBlogElenchiAltro Strumenti Guida

Blog


03 marzo

Bajka historią Bazyliszka pisana

Pisałem, pisałem(nie tylko tutaj) i nic. W końcu jednak coś zaczęło docierać do pustych łbów. Co prawda nie wiem na jak długo ale lepszy rydz niż to co było do tej pory. Wiecie co w końcu zadziałało? Opowiedziałem kilku panom bajkę o Bazyliszku.

W końcu nawet ustawiczne plucie w lustro wywołuje efekt odwrotny od zamierzonego.  Obraz staje się wstępnie zamazany aby znów po chwili pokazać twarz plującego w karykaturze ściekającego rynsztoka. W końcu silna zastyga niczym wosk i w ostatecznym rozrachunku jeden czy drugi pan nie widzi już nawet swojego skrzywionego oblicza, a widok to dla niego o tyle smutny o ile jego własne ego nie potrafi więcej niż spowodował efekt plucia samego

Jest jednak i efekt uboczny mojej pracy. Zaczyna się robić smutno. Coraz mniej pojawia się barwnych opowieści, w korytarzach sejmowych wiatr nie gwiżdże już w rozwichrzonych czuprynach, senat stanął zupełnie.

 Straciliście rację bytu panie i panowie. Na własne życzenie, albowiem w pokojach sejmowego hotelu sprzątaczki przestały już sobie radzić ze ścieraniem luster. Nikt już nie chce słuchać waszego bełkotu. Nawet rządne sensacji media zaczęły się dusić bo przecież nic tak destrukcyjnie na media nie działa jak pokazywanie wciąż tego samego obrazu.

Do muzeum nie chodzi się przecież codziennie a jest to miejsce, w którym utrwalone w rzeźbach postacie historii pozostawione zostały na wieki z tym samym grymasem twarzy jaki malował się w lustrzanej wizji artystów epoki.

Kiedy zaczyna płonąć wieżowiec, pierwszą myślą jaka się pojawia to zabrać ze sobą to co się da i uciekać. Później dopiero okazuje się że z dobytkiem uciec się nie da, więc porzuciwszy go po drodze uciekamy co prędzej aby uniknąć pożogi.

Bo tylko tyle zostało po waszych butnych wystąpieniach przed kamerami i mikrofonami reporterskich dyktafonów. Pożoga. Zostawiliście za sobą właśnie ten obraz. Spalonych autorytetów – bo pluliście również i na nie, oraz zastygły obraz waszych roześmianych w grymasie obrzydzenia twarzy kiedy to potokiem lawy snuły się wasze nasycone jadem wynurzenia.

Skarbonka ma to do siebie że można z niej sięgać póki dno nie pokaże pustego oblicza. Nie dokładając do niej efektami pracy, trudno świecić blichtrem dłużej niż płomień karbidowej lampki, bo paliwo to ma do siebie, że wcześniej czy później ale zawsze się wypala.

Najwyższa pora aby się w końcu zabrać za rzetelną pracę. Jak na razie nikt was nie zwolnił z obowiązków choć jak myślę wielu rodaków zaczyna już tęsknić do nowych wyborów. Nie jesteście wstanie już zrobić zbyt wiele ale przynajmniej spróbujcie wyczyścić te lustra. W przeciwnym bowiem razie nie będzie już kogo wybierać.

Zamilcz pan w końcu panie Kamiński. Wygłoś pan orędzie panie premierze. Dosyć już tych sensacji.  

Koncert Jankiela

Od pewnego czasu  dopada mnie nieodparte wrażenie iż wraz z naszą akcesją do strefy Schengen, zniesiono nie tylko kontrole graniczne ale przede wszystkim granice zdrowego rozsądku.

Popisy furiackiej wprost wściekłości PiSowskiej wierchuszki od samego dnia przegranych wyborów – dzisiaj u jej prominentnych przedstawicieli przybierają obraz który dawno przeszedł w swym wymiarze obłęd i może stanowić tylko i wyłącznie podstawę do szeroko zakrojonych badań naukowych specjalistów od psychiatrii.

W tym wyścigu przejawów głupoty i nietolerancji, nie odpuszcza palmy pierwszeństwa również i Platforma, emanująca na co dzień przeświadczeniem, że polskie społeczeństwo dorosło już w swojej świadomości gospodarczo politycznej do głębokich przemian i przestanie w końcu strajkować domagając się niesłusznie podwyżek swoich wynagrodzeń.

Najbardziej jednak w tym Koncercie Jankiela żal mi SLD. Myślicie że zgłupiałem? Nie! To przedstawiciele tego ugrupowania zgłupieli doszczętnie patrząc na to co wyrabiają partie, które po ostatnich wyborach są uznawane jako największe pod względem liczby posiadanych miejsc w parlamencie.

Można by posądzać polskie społeczeństwo iż należy do najbardziej głupich jeżeli nie na świecie to przynajmniej w samej europie, gdyby nie jeden z pozoru niewinnie wyglądający fakt. Za pomocą idiotycznie skonstruowanej ordynacji wyborczej  zostało ono brutalnie zmuszone do dokonywania jedynego tylko wyboru, a mianowicie – pomiędzy mniejszym lub większym złem.

Dlaczego przyczepiłem się do ordynacji wyborczej? Dla tego – że brak w niej zapisów mówiących o konieczności przeprowadzenia specjalistycznych badań psychiatrycznych dla kandydatów na posłów i senatorów – po przecież z pośród niech wyłaniany jest późniejszy obraz nierządu Rzeczypospolitej

Dlaczego tytułem postu jest Koncert Jankiela? Odpowiedź jest bardzo prosta ale wy sami jej sobie udzielcie drodzy czytelnicy. Daję wam tą możliwość bo pokładam w was wiarę, że pomimo Schengen - wciąż są jednak jakieś granice - choćby ludzkiej głupoty.

  

Jeżeli sądzicie inaczej – zadzwońcie na 112 i zgłoście mój przypadek do psychiatryka. Obawiam się jednak że nic z tego nie wyjdzie. Jak wszystko w tym państwie również ten numer telefonu nie działa.

p.s. dla tych co nieprzerobili materiału, polecam dobre moim zdaniem streszczenie pod adresem:

http://www.sciaga.pl/tekst/28200-29-koncert_nad_koncertami_czyli_muzyczna_opowie_o_historii_polski_dokonaj

Fizyka w polityce

Co bardziej krewki czytelnik zapewne kręci mi teraz palcem kółko na czole bijąc się jednocześnie z myślami – „co może mieć nauka ścisła wspólnego z wodolejstwem”.

Ano – ma. Jest wiele takich wspólnych mianowników a ja w dzisiejszym poście postanowiłem zająć się zjawiskiem inercji.

Z inercją mamy do czynienia na każdym nieomal kroku i to w znaczeniu nawet dosłownym. Nieobeznanym we fizycznych terminach zaraz to wytłumaczę.

Kiedy idziemy ulicą i chcemy się zatrzymać, musimy do realizacji tego zamierzenia użyć jednej z dwu metod. Pierwsza, będzie polegała na zamianie ruchu jednostajnego w ruch jednostajnie opóźniony, aż do całkowitego zatrzymania. Druga zaś – bardziej brutalna – występuje w przypadku zderzenia z przeszkodą o masie większej od masy naszego ciała, czyli dla przykładu będzie to ściana budynku, na którą możemy się natknąć podczas zbyt intensywnego czytania Trybuny w czasie ulicznego spaceru.

Im większa masa – tym trudniej ją zatrzymać lub zmienić jej kierunek. Spróbujcie dla przykładu, zmienić kierunek poruszającego się samochodu przechodząc na drugą stronę ulicy. Efekt będzie o tyle mizerny, o ile masa samochodu będzie większa od masy naszego ciała.

O skutkach takiej praktyki już nie wspomnę przed spożyciem posiłku lub bezpośrednio po nim albowiem nie chcę nikogo narażać na rozstanie się z ulubioną potrawą.

Ze zjawiskiem inercji nierozerwanie związane jest również fizyczne pojęcie dotyczące wektorów sił. Przekładając to z fizyki na język polski możemy w dużym uproszczeniu powiedzieć że stosunek naszej żony do nas samych jest wprost proporcjonalny do włożonego w nią uczucia miłości i odwrotnie proporcjonalny do wielkości zadrażnień z teściową.

Odnosząc wymienione wyżej wielkości do spraw związanych z polityką, można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, iż od momentu podjęcia dowolnej zmiany jej kierunku - do momentu zaobserwowania jakich kol wiek zmian w mechanizmie o tak dużej masie jaką jest gospodarka – musi upłynąć stosunkowo długi okres czasu. Dodając do tego opisu definicję wektorów sił – a w przypadku tak skłóconych – a więc działających w przeciwnych kierunkach sił politycznych – obiekt na którym wykonujemy przedmiotowe doświadczenie – w przypadku kiedy te siły są równe – pozostanie co najwyżej w spoczynku lub będzie się poruszał z prędkością wcześniej ustaloną.

Wniosek z tych doświadczeń jest więc taki. Albo kochani politycy nauczycie się podstawowych praw fizyki oraz podejmując zgodne co do kierunku decyzje spowodujecie że gospodarka będzie się rozpędzać – albo przynajmniej nie róbcie nic – aby jej przypadkiem nie zatrzymać.

Dla was zaś moi czytelnicy też mała uwaga. Zanim zaczniecie komentować co kol wiek zżymając się na brak efektów działania tej czy innej partii, pamiętajcie o inercji. Inaczej podczas czytania Trybuny możecie wpaść na ścianę

Meandry demokracji

Tekst jest dość przydługi więc jeżeli ktoś nie ma ochoty na polityczne dywagacje to zapraszam na mój drugi blog:

http://mysliniepokorne.blog.onet.pl

Kto zaś nie ma ochoty na seks niech poświęci się czytaniu tej smutnej lektury poniżej.

Zapraszam

------------------------------------------------------------------------------------

Piąta rano. Zabawa skończona…. to fragment słów piosenki pana Sikorowskiego. Dalej jest jeszcze o powrocie do domu, spokoju jaki osiąga się na łonie rodziny, itd.

Ze mną tej nocy było jednak inaczej. Nie śpiewałem  jak pan Sikorowski w dwu głosie na ulicy  podczas porannego powrotu. Z racji rzekł bym, stosownego wieku, nie była to też noc upojna w erotyczne doznania, bo choć chęci może by się i znalazły, to już z rzemiosłem pewnie było by nie najlepiej a i kandydatki do wspomnianych uciech nie pchają się już jak dawniej drzwiami i oknami.

Swoje jednak w życiu przeżyłem więc już bez nadmiernych egzaltacji powróćmy do meritum tytułowego tematu.

Temat powstał jeszcze za dawnych czasów, kiedy to w korytarzach sejmowych mieliśmy wątpliwą przyjemność oglądać twarze, których pozwólcie że z nazwiska nie wymienię aby mnie ktoś o zawiść nie posądził. Dość na tym, że niskiej to były osoby proweniencji i jak na tak zacne gremium jakim by się Sejm Rzeczypospolitej mógł wydawać, znalazły się tam takim samym przypadkiem, jakim bywa u piesków miot złożony z przedstawicieli dwu różnych gatunków.

Tak więc był rok 2006 a raczej jego schyłek bo o dzień 12 grudnia tu chodzi, kiedy to wniesiono do laski(cóż za idiotyczne określenie) marszałkowskiej projekt mający ten niecny proceder ukrócić a nadany mu tytuł cytuję z dokumentu

Propozycja wyeliminowania przestępców z Sejmu i Senatu

Projekt zmian jakie miałby wprowadzić do ustawy zasadniczej opiewał o zgrozo o coś – co samym już założeniem posądzić by można o gwałt na demokracji. Otóż ta bardziej moralnie odpowiedzialna część posłów opowiedziała się za dodaniem do art. 99 jeszcze jednego ustępu – tym razem z cyferką 3 który stanowił by co następuje.

„Posłem i senatorem nie może być osoba:

  1. karana za przestępstwo umyślne ścigane z oskarżenia publicznego
  2. wobec której wydano prawomocny wyrok warunkowo umarzający postępowanie karne w sprawie popełnienia przestępstwa umyślnego ściganego z oskarżenia publicznego”.

Zaiste – dziwnym może się wydawać moja naiwność, nakazująca mi do tej pory pokładać wiarę w człowieka która tym właśnie się wyraża, iż gdybym tak określoną jak wyżej cytowane był postacią, to żadną miarą do poselsko senatorskiego gremium za nie wiem jak wielką kasę nawet to bym się nie pchał.

Według mojego idola – Wniosek – to taki punkt w którym autor opracowania nie ma już siły aby dalej myśleć. W końcu o 5 rano czas już wskoczyć pod kołderkę a Was moi drodzy czytelnicy pozostawiam już tekstem Bartłomieja Kozłowskiego polecając go jako wartego uwagi .

Miłego dnia rodacy.

(cytat)

…Jakkolwiek wspomniany projekt poparło kilku polityków PSL-u –w tym m.in. Waldemar Pawlak i Józef Zych – to olbrzymią większość podpisów złożyli pod nim posłowie klubu Platformy Obywatelskiej. Trudno się temu zresztą dziwić, jako że usunięcie przestępców z parlamentu – podobnie jak zniesienie immunitetu poselskiego i senatorskiego – jest jednym ze sztandarowych pomysłów tej partii. Projekt poprawki konstytucyjnej pozbawiającej skazanych przestępców prawa do zasiadania w Sejmie i w Senacie cieszy się też poparciem innych - zarówno obecnych, jak i nieobecnych w parlamencie - ugrupowań. Wyjątkiem wydaje się tu „Samoobrona” – w której, jak wszyscy wiemy nie brak ludzi z wyrokami – ale i ona nie wyraża głośno swego sprzeciwu.

Czy ktoś się nad tym zastanawiał?

Ciekawe jednak, czy ci, którzy opowiadają się za zakazem kandydowania skazanych przestępców do parlamentu, opowiedzieliby się za nim również wówczas, gdyby się dowiedzieli, że ktoś, kogo oni akurat chętnie widzieliby w Sejmie lub w Senacie nie może się znaleźć na liście wyborczej... bo jakiś czas wcześniej został skazany (a nawet niekoniecznie skazany – warunkowe umorzenie postępowania karnego miałoby ten sam efekt) za „publiczne znieważenie konstytucyjnego organu państwa” – albo samego Prezydenta RP, za „obrazę uczuć religijnych”, za ujawnienie tajemnicy państwowej (to może się tyczyć nie tylko urzędników państwowych, którzy przysięgli w pewnych sprawach trzymać język za zębami, ale również np. dziennikarzy), za posiadanie minimalnej ilości lekkich narkotyków, odmowę wykonywania przymusowej służby wojskowej – lub jakiś inny czyn niekoniecznie przez nich potępiany moralnie (a może nawet oceniany pozytywnie?) – lecz mimo to uważany przez prawo za przestępstwo? Z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że mając takie akurat informacje wielu ludzi nad pomysłem zakazu kandydowania skazańców w wyborach parlamentarnych co najmniej by się zastanowiło. Ale kto w ogóle pomyślał o tym, że zakaz zasiadania przestępców w parlamencie wykluczyłby z Sejmu i Senatu nie tylko złodziei, oszustów, malwersantów, aferzystów gospodarczych, łapówkarzy – i w ogóle tych, nad których obecnością w tych izbach rzeczywiście można ubolewać?

Zamach na demokrację

Niewielu ludzi pomyślało też pewnie o tym, że wprowadzenie proponowanego przez PO zakazu kandydowania ludzi karanych za przestępstwa do Sejmu i Senatu byłoby naruszeniem nieodłącznie związanej z demokracją zasady suwerenności Narodu (rozumianego jako ogół obywateli państwa) i ograniczeniem praw i wolności obywateli Polski. Nie tylko zresztą – chociaż oczywiście też – tych, którzy w przeszłości zostali skazani za takie czy inne występki lub zbrodnie – ale przede wszystkim zwykłych ludzi – wyborców – którzy zostaliby pozbawieni możliwości wysuwania pewnych kandydatów, a następnie głosowania na nich – z tego tylko powodu, że ci niedoszli kandydaci byli w przeszłości choćby jedynie warunkowo zwolnieni od odpowiedzialności karnej za czyny, które prawo uznaje za przestępstwa.

Prawdziwe pytanie, jakie pojawia się w związku z lansowanym przez PO projektem zakazu kandydowania osób prawomocnie skazanych za przestępstwa umyślne (a także tych, wobec których sąd w sposób prawomocny warunkowo umorzył postępowanie w sprawie o popełnieni takiego przestępstwa) do parlamentu wcale nie brzmi: „czy przestępcy powinni zasiadać w Sejmie i w Senacie?” – bo oczywiste jest, że sale Sejmu i Senatu nie są miejscami, w których powinni zasiadać mordercy, rabusie, złodzieje, aferzyści gospodarczy, niszczyciele środowiska łapówkarze – i inni osobnicy całkiem potocznie zwani przestępcami. Brzmi ono raczej: dlaczego reszta społeczeństwa – ta, która w olbrzymiej mierze decyduje o tym, kto ostatecznie zasiądzie w ławach poselskich i senatorskich – ma być w jakiejś mierze ograniczona w swym prawie do decydowania o tym, kto ostatecznie zostanie wybrany do parlamentu. Bo przecież to, że byli skazańcy mogą kandydować na stanowiska posłów i senatorów wcale nie oznacza tego, że muszą zostać na nie wybrani. To, czy tak się akurat stanie, w ostatecznym rachunku zależy od wyborców. Ale jeśli ci ostatni świadomie chcą, by jakiś człowiek, który w przeszłości był skazany za takie czy inne przestępstwo został mimo to wybrany posłem lub senatorem – to dlaczego pozbawić ich możliwości podjęcia takiej akurat decyzji?

Jakie powody?

Rzecz jasna – ktoś może powiedzieć, że w żadnej – nawet najbardziej liberalnej – demokracji prawo do wyboru w kwestii tego, kto ma zasiadać w parlamencie nie jest nieograniczone. Ludzi – choćby nawet bardzo tego chcieli – nie mogą wybrać do parlamentu osoby, którą sąd ubezwłasnowolnił z powodu choroby psychicznej lub niedorozwoju umysłowego, nie mogą wybrać kogoś, kto nie osiągnął określonego prawem wieku, w którym nabywa się bierne prawo wyborcze (w Polsce w przypadku wyborów do Sejmu jest to 21 lat, a w przypadku wyborów do Senatu 30 lat), nie mogą wybrać kogoś, kto nie jest obywatelem ich kraju (a np. tylko stałym mieszkańcem), nie mogą też wybrać kogoś, kto został prawomocnie skazany na karę pozbawienia praw publicznych. Jaki jest zatem powód, by do listy indywiduów, którzy pozbawieni są prawa do kandydowania do Sejmu i Senatu (i wszelkich praw wyborczych) nie dopisać wszystkich tych, którzy w przeszłości byli karani za jakiekolwiek przestępstwa? Co tak naprawdę odróżnia jednych, od drugich?

Dlaczego pewni ludzie nie mogą kandydować?

Aby zastanowić się nad tym problemem, musimy najpierw stwierdzić, jakie przesłanki decydują o tym, że osoby chore umysłowo, dzieci, obcokrajowcy i skazani na pozbawienie praw publicznych nie mogą być wybierani do parlamentu. Przesłanki te są najbardziej oczywiste w przypadku osób niedorozwiniętych i chorych umysłowo: osoby takie po prostu nie są w stanie świadomie i samodzielnie podjąć decyzji o tym, czy startować w wyborach, ani o tym, jak – w wypadku, gdyby zostały wybrane – głosować w jakiejś konkretnej sprawie. Dokładnie tak samo jest w przypadku małych dzieci – oczywiste jest, że ktoś, kto ma kilka lat nie jest w stanie podejmować samodzielnych i świadomych wyborów w kwestiach politycznych. W przypadku osób mających kilkanaście lat nie jest to już tak oczywiste – z całą pewnością wielu ludzi mających 19, 17 – czy choćby 15 lat – ma de facto znaczne większe zdolności do podejmowania decyzji politycznych od niejednego z tych, którzy osiągnęli wiek uprawniający do korzystania z biernego prawa wyborczego. Z drugiej jednak strony, wszyscy chyba zgodzimy się z tym, że każdorazowe sprawdzanie tego, czy dana osoba jest dostatecznie dojrzała i wyrobiona politycznie, by móc ewentualnie zostać posłem czy senatorem byłoby rzeczą absurdalną (w jaki sposób i według jakich kryteriów można by to zrobić?) i w związku z tym istnienie ograniczeń praw wyborczych opartych na kryterium wieku trzeba uznać za rzecz całkowicie usprawiedliwioną (choć trzeba przyznać, że nie jest to sprawa bezdyskusyjna – wydaje się np., że stosunkowo wysoki – 30 lat – wiek, w jakim można być w Polsce wybranym do Senatu wynika nie tyle z rozsądnego założenia, że młodsi ludzie tak naprawdę nie byliby w stanie pełnić funkcji senatorów, ale przede wszystkim z silnej i mającej zakorzenienie również w historii naszego kraju – ale niekoniecznie racjonalnie uzasadnionej - tradycji, zgodnie z którą „wyższa” izba parlamentu powinna reprezentować nieco starszą – i co za tym idzie – bardziej życiowo doświadczoną, ale i bardziej konserwatywną część społeczeństwa).

Jeśli zaś idzie o cudzoziemców, to zakaz wystawiania ich jako kandydatów w wyborach wydaje się opierać na dwóch założeniach: po pierwsze, że cudzoziemcy słabo orientują się w sprawach naszego kraju, a po drugie – że mogliby kierować się przede wszystkim interesami państwa, z którego pochodzą – a nie interesami kraju, w którym pełniliby funkcje parlamentarzystów. Choć znowu – założenia te nie w każdym, indywidualnym przypadku muszą być słuszne: nie ulega wątpliwości, że bardzo wielu obcokrajowców, którzy np. stale przebywają na terenie Polski orientuje się w naszych sprawach znacznie lepiej od większości Polaków, nie jest też tak, by każdy cudzoziemiec musiał w większym stopniu kierować się interesami „swojego” państwa, niż interesami kraju, w którego parlamencie miałby zasiadać – czy mało jest ludzi, którzy z władzami formalnie własnego państwa nie chcą mieć nic wspólnego? Ale rozważając problem braku obywatelstwa jako przeszkody do korzystania z praw wyborczych warto zauważyć, że jest to przeszkoda stosunkowo łatwa do przezwyciężenia: jeśli jakiś przebywający stale w Polsce cudzoziemiec bardzo chce się znaleźć w naszym Sejmie czy Senacie, to może po prostu wystąpić do Prezydenta RP o nadanie mu obywatelstwa polskiego – i jeśli je otrzyma, co w przypadku jeśli zna język polski (musi w nim samodzielnie wypełnić wniosek o nadanie obywatelstwa) i jest de facto związany w naszym krajem nie jest - jak się zdaje - szczególnie trudne – spróbować swych sił w wyborach.

Reasumując – zakaz kandydowania do parlamentu osób upośledzonych umysłowo, osób, które nie osiągnęły wieku uprawniającego do korzystania z biernego prawa wyborczego, a także cudzoziemców – opiera się przede wszystkim na z reguły słusznym (choć niekoniecznie prawdziwym w każdym, indywidualnym przypadku) założeniu, że osoby takie – czy to z powodu braku odpowiednich zdolności umysłowych czy też z powodu braku wiedzy na temat problemów danego kraju tak naprawdę nie byłyby w stanie pełnić funkcji parlamentarzystów w istotnym znaczeniu tego słowa. Ale czy te przesłanki choćby w porównywalnej mierze odnoszą się do ludzi, którzy w przeszłości byli karani za takie czy inne przestępstwa? Wydaje się jasne, że nie. Fakt, że ktoś dokonał czynu zabronionego przez prawo wcale nie dowodzi tego, że nie jest on w stanie samodzielnie i świadomie dokonać wyboru w kwestii tego, jak np. głosować nad projektem jakiejś ustawy – tak, jak nie byłoby w stanie dokonać takiego wyboru dziecko, albo osoba niedorozwinięta umysłowo – ani tego, że po prostu kiepsko orientuje się w problemach danego kraju – co ze sporym prawdopodobieństwem można powiedzieć o większości obcokrajowców.

Pozostaje jeszcze kwestia zakazu wybierania do parlamentu osób skazanych na karę pozbawienia praw publicznych. Poruszenie tej kwestii jest konieczne, gdyż postulowany przez PO zakaz zasiadania w Sejmie i w Senacie osób skazanych za przestępstwa umyślne ma o wiele więcej wspólnego z istniejącym od dawna zakazem zasiadania w nim osób skazanych na karę pozbawiania praw publicznych, niż – dajmy na to – z zakazem zasiadania w nim dzieci, cudzoziemców czy idiotów. Fakt, że ktoś został skazany na karę pozbawiania praw publicznych nie dowodzi sam przez się tego, że ktoś taki nie jest w stanie samodzielnie i świadomie podejmować decyzji w sprawach politycznych, albo że nie zna się na problemach, z jakimi boryka się nasz kraj. Jednak mimo to naprawdę mało kto (jeśli ktokolwiek) twierdzi, że ludzie prawomocnie skazani na pozbawienie praw publicznych powinny mieć prawo do ubiegania się o stanowiska posłów czy senatorów – i móc je obejmować, jeśliby zostali na nie wybrani. Jeśli więc uważamy, że pewni przestępcy słusznie nie mają prawa do tego, by startować w wyborach parlamentarnych – to z jakiego powodu mielibyśmy sprzeciwiać się postulatowi pozbawienia tego prawa wszystkich tych, którzy zostali skazani za jakiekolwiek przestępstwa popełnione z winy umyślnej (albo w ogóle za wszelkie przestępstwa)? Czy różnica między jednym, a drugim zakazem jest w ogóle różnicą istotną? Bo jeśli nie - to może o przedstawioną przez PO propozycję zakazu kandydowania osób karanych za przestępstwa do parlamentu nie ma co kruszyć kopii?

Gdy ilość przechodzi w jakość

Lecz również na to pytanie można znaleźć odpowiedź. Przede wszystkim – jeśli nawet różnica między zakazem kandydowania w wyborach osób skazanych na karę pozbawienia praw publicznych, a zakazem kandydowania w wyborach ludzi skazanych za wszelkie przestępstwa umyślne jest – nazwijmy to – różnicą jedynie ilościową (a nie jakościową), to warto przypomnieć znane twierdzenie, że różnice ilościowe po przekroczeniu pewnych granic stają się różnicami jakościowymi. Zakaz kandydowania do parlamentu osób skazanych na pozbawienie praw publicznych - jakby nie było - jest zakazem bardzo wąskim. Według art. 40 §2 kodeksu karnego, sąd może (ale nie musi) orzec pozbawienie praw publicznych jako karę dodatkową w przypadku wymierzenia kary w wysokości co najmniej 3 lat więzienia za przestępstwo umyślne, popełnione w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie. Grono osób, jakie wspomniany zakaz eliminuje z grupy potencjalnych kandydatów do Sejmu i Senatu jest więc naprawdę niewielkie – są to przede wszystkim mordercy, bandyci, gwałciciele – i inni osobnicy, których obecności w parlamencie naprawdę mało kto sobie życzy (choć nawet w tym przypadku można by zadać pytanie: dlaczego inni ludzie mają nie mieć prawa do głosowania na takich akurat kandydatów, jeśli tego akurat chcą?). Postulowany przez PO zakaz kandydowania do parlamentu osób karanych za wszelkie przestępstwa umyślne ścigane z oskarżenia publicznego uniemożliwiłby natomiast start w wyborach parlamentarnych wielu ludziom, na których przynajmniej jakaś część społeczeństwa byłaby skłonna głosować. Tak samo, jak złodzieje i malwersanci – nie mówiąc o mordercach – do Sejmu i Senatu nie mogliby kandydować ludzie skazani (i tacy, wobec których w sposób prawomocny warunkowo umorzono postępowanie karne) za znieważenie prezydenta, obrazę uczuć religijnych, posiadanie na własny użytek minimalnej ilości lekkich narkotyków, uchylanie się od służby wojskowej, opór wobec niesłusznej ich zdaniem eksmisji itd.

Dla jednych przestępcy, dla innych... bohaterowie

Zwolennicy zakazu kandydowania do parlamentu osób skazanych za przestępstwa – i w ogóle ludzie wychodzący z pozycji modnego w dzisiejszej Polsce ślepego rygoryzmu prawnego - nie zauważają, jak się zdaje, jednej rzeczy: że konkretni ludzie nieraz bardzo różnie oceniają wiele czynów, których obowiązujące prawo zabrania pod groźbą odpowiedzialności karnej. Lekarz, który – jakby nie było – wbrew obowiązującemu w Polsce prawu dokonuje aborcji we wczesnym okresie ciąży na życzenie kobiety, która znalazła się w rozpaczliwej sytuacji życiowej może być dla jednych zbrodniarzem zasługującym na wieloletni pobyt w więzieniu – dla innych natomiast może być bohaterem, ryzykującym utratą wolności i pozbawieniem prawa do wykonywania zawodu za czyn wynikający ich zdaniem jedynie ze współczucia dla skrzywdzonej przez los osoby. Ludzie, którzy wskutek długotrwałej bezczynności policji dokonali linczu na wyjątkowo niebezpiecznym przestępcy dla jednych mogą być zwykłymi mordercami – dla innych osobami, które w odważny sposób sprzeciwiły się bandytyzmowi.

Autor antysemickiego lub innego rasistowskiego artykułu, skazany za „publiczne nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowych, etnicznych... ” (art. 256 k.k.) itp. albo za „publiczne znieważenie grupy ludności z powodu przynależności narodowej... ” etc. (art. 257 k.k.) dla jednych może być zwykłym siewcą nienawiści – dla innych zaś np. kimś, kto w sposób odważny sprzeciwia się kanonom tzw. poprawności politycznej. Niezwykle zróżnicowane są oceny przestępstw narkotykowych – dla jednych ludzi „wojna z narkotykami” jest niedopuszczalnym zamachem na przysługujące każdemu człowiekowi prawa do osobistej wolności i prywatności - dla innych zaś wszystko, co wiąże się z narkotykami jest zbrodnią niemal równie ciężką, jak morderstwo.

Na czym polega demokracja?

W demokratycznym i szanującym wolność jednostki kraju ludzie powinni mieć prawo do tego, by móc dyskutować nad każdą – nawet najbardziej szokującą i nonsensowną – propozycją zmiany obowiązującego prawa. Oczywiste jest również to, że powinni mieć prawo do tego, by w wyborach do ciała ustawodawczego wystawiać, a następnie poprzeć takich kandydatów, którzy opowiadają się legalizacją czynów, które obowiązujące prawo uznaje za przestępstwa.

Ktoś może oczywiście powiedzieć, że proponowany przez PO zakaz kandydowania skazanych przestępców do Sejmu i Senatu nie zabrania startować w wyborach tym ludziom, którzy np. opowiadają się za dekryminalizacją takich czy innych zachowań, które obowiązujące prawo zabrania pod groźbą odpowiedzialności karnej. Proponowanie zmiany prawa nie jest zakazane. Jednak, w tym miejscu trzeba uściślić: samo przez się nie jest zakazane. Od argumentowania na rzecz legalizacji jakiegoś zachowania, które według obecnego stanu prawnego jest przestępstwem może być czasem całkiem blisko do pochwalania popełnienia przestępstwa – a to ostatnie, jeśli tylko czynione jest publicznie, samo w sobie jest przestępstwem (zob. art. 255 § 3 kodeksu karnego).

Kto pod kim dołki kopie...

Nie od rzeczy wydaje się wreszcie postawienie pytania, czy zakaz kandydowania osób skazanych za przestępstwa (a także tych, wobec których warunkowo umorzono postępowanie karne) nie mógłby zostać wykorzystywany przez będącą u władzy ekipę (niekoniecznie i nie tylko tą ekipę, która rządzi w momencie pisania tego artykułu) jako narzędzie realizacji swoich niekoniecznie uczciwych i zgodnych z samą ideą demokracji interesów? Inaczej mówiąc, czy władze nie mogłyby się posłużyć takim zapisem w celu wyeliminowania z parlamentu opozycji? Biorąc pod uwagę to, że w polskim kodeksie karnym nadal figurują takie choćby przestępstwa, jak np. „publiczne znieważenie prezydenta” (art. 135 § 2) i „publiczne znieważenie lub poniżenie konstytucyjnego organu RP” (art. 226 §3) możliwość takiego akurat wykorzystania postulowanego przez PO art. 99 ust. 3 Konstytucji wydaje się całkiem realna. I jeśli nawet przepis ten nie byłby bezpośrednio stosowany w celu eliminowania opozycji z Sejmu i Senatu, to nietrudno zauważyć, że strach przed tym, że jakieś niepochlebne wypowiedzi o rządzie czy prezydencie mogą się skończyć nie tylko skazaniem w procesie karnym, ale również eliminacją z wyborów bardzo łatwo może spowodować, że działacze opozycji będą unikać otwartej i ostrej krytyki działań ekipy, która aktualnie sprawuje władzę. Inaczej mówiąc – efektem wprowadzenia do Konstytucji takiego przepisu może być (silniejsze nawet, niż w przypadku samego tylko istnienia w kodeksie karnym wspomnianych w tym akapicie przestępstw) tłumienie debaty publicznej. Czy politycy, którzy domagają się wprowadzenia zakazu kandydowania przestępców do parlamentu nigdy nie pomyśleli o tym, że mogą niechcący wykopać dołek na samych siebie?

Gdyby to było w roku 1989...

I jeszcze jedno – krótkie ćwiczenie intelektualne (dla tych, którzy pamiętają trochę historii): wyobraźmy sobie, że zakaz kandydowania osób skazanych za przestępstwa umyślne do Sejmu i Senatu został zaproponowany nie w roku 2006, lecz – dajmy na to – w okresie rozmów Okrągłego Stołu w roku 1989 lub nawet w okresie pierwszych rządów postkomunistycznej lewicy w latach 1993 – 1997. Jaka byłaby wówczas reakcja? Oczywiście – podniósłby się krzyk, że jest to próba wyeliminowania dawnej opozycji z parlamentu i zamach na samą demokrację. Dziś jednak żadnych tego typu głosów nie słychać. Czyżby zwolennicy omawianego tu zakazu byli pewni tego, że zakaz ten będzie stosowany w taki sposób, w jaki oni by sobie tego życzyli – tzn. w celu wyeliminowania z Sejmu i Senatu złodziei, oszustów i innych osobników całkiem potocznie zwanych przestępcami – a nie ludzi, którzy krytycznie, czy nawet rzeczywiście obraźliwie wyrażają się na temat aktualnej władzy?

Co zrobić, by w Sejmie nie było przestępców?

Jednak wracając do owych złodziei, malwersantów, łapówkarzy – i innych całkiem pospolitych przestępców – czy postulowany przez PO zakaz kandydowania skazanych przestępców do parlamentu nie jest dobrym sposobem na to, by tego typu osobnicy nie dostawali się do Sejmu i Senatu? To prawda, że zakaz taki potencjalnie mógłby doprowadzić do wyeliminowania z parlamentu nie tylko zwyczajnych kryminalistów, ale zwolennikom takiego zakazu chodzi przede wszystkim o to, by właśnie pospolici kryminaliści nie zasiadali w Sejmie i Senacie. Czy zakaz kandydowania osób prawomocnie skazanych za przestępstwa umyślne nie jest przypadkiem środkiem niezbędnym do osiągnięcia takiego celu?

Otóż nie. Przedostawaniu się kryminalistów do parlamentu można zapobiec bez zmiany obowiązującego prawa. Cel ten można osiągnąć w sposób banalnie wręcz prosty. Np. ugrupowania, które sprzeciwiają się obecności osób skazanych za przestępstwa w Sejmie i w Senacie mogą i powinny sprawdzać, czy potencjalni kandydaci na posłów i senatorów nie mają przypadkiem przeszłości kryminalnej – żądając od nich np. przedstawienia świadectwa niekaralności. Osoby i organizacje sprzeciwiające się obecności przestępców w parlamencie mogą i powinny nagłaśniać przypadki kryminalistów, którzy jakimś sposobem znaleźli się jednak na listach wyborczych – i wzywać do nie głosowania na nich. Ostatecznie rzecz biorąc, można wyobrazić sobie zmianę prawa wyborczego, polegającą na wprowadzeniu wymogu, by przy każdym nazwisku kandydata do Sejmu czy Senatu na kartce wyborczej umieszczona była informacja o tym, czy był on skazany (albo, czy w sposób warunkowy umorzono wobec niego postępowanie karne) za jakieś przestępstwo – z krótkim zaznaczeniem, o jakie przestępstwo chodzi. Coś takiego - zauważmy - ma już miejsce w przypadku oświadczeń lustracyjnych (choć – z drugiej strony – byłby to ryzykowany pomysł – dlaczego w takim razie nie umieszczać informacji o stanie cywilnym, majątku, zadłużeniu – albo o tym, czy dany kandydat ma kochankę, albo jest gejem?) Ale ostateczna decyzja o tym, kto znajdzie się w parlamencie powinna należeć do wyborców. Bo ostatecznie rzecz biorąc, do tego, by skazani przestępcy nie znaleźli się w Sejmie i w Senacie wystarczy, aby po prostu ich tam nie wybrać.

(koniec cytatu)

Tajne / pufne czyli ściśle tajne

Wiesz co? – powiem ci coś – tylko… nie mów o tym nikomu!

Znamy to. Prawda?

O ile plotkujemy sobie w jakimś prywatnym gronie (choć mnie się to niepodobna) to jeszcze pół biedy. Znacznie gorzej – kiedy osoby prawnie związane obowiązkiem zachowania tajemnicy chlapią ozorem na lewo i prawo. Na dokładkę – są to osoby które z racji zajmowanych stanowisk przynajmniej teoretycznie powinny należeć do grona osób zaufania publicznego.

Podsłuchy, śledzenie, zbieranie informacji o wszystkim czego się da i nie da. Tutaj pełna zgoda. Taka jest rola dziennikarza i chwała im za to że potrafią wyciągnąć na światło dzienne kulisy gospodarczych afer czy też nieodpowiedzialne zachowania polityków.

Jest jednak pewna granica. Czy dziennikarz – mając świadomość że otrzymuje od swojego informatora dokumenty państwowe z klauzulą „tajne” i „ściśle tajne” ma prawo je w ogóle przyjąć – nie mówiąc już o ich publikacji? I nie wkraczam tutaj w dylematy moralne czy z oceny owego dziennikarza są one dowodem jakiejś manipulacji czy domniemania przestępstwa. Chodzi mi tutaj o sam fakt dysponowania takimi dokumentami.

Jeżeli nawet taki dokument trafi do dziennikarza np. w formie podrzucenia pod drzwi redakcji (bo przecież nie podejrzewam dziennikarzy że są złodziejami), to czy taki dokument powinien zostać opublikowany w prasie lub zaprezentowany na ekranach TV?

Bez względu na czyją kol wiek ocenę ministra Ćwiąkalskiego – czy mógł on na „tajnym” posiedzeniu sejmu ujawnić jakie kol wiek informacje opatrzone klauzulą tajności skoro wiedział że informacje te dotrą do prasy?

Z zażenowaniem czytam wypowiedzi na temat jego wystąpienia. Politycy opozycji wyrażają swoje oburzenie że cytuję „z ust Ćwiąkalskiego nie padło nic konkretnego”. Ja zaś stawiam w tym momencie pytanie. Jak człowiek odpowiedzialny może przedstawić jakiekolwiek informacje tajne mając jednocześnie świadomość ich natychmiastowego wycieku.

Mam pytanie następne. Kto tym posłom i pracownikom kancelarii sejmu wydał certyfikat dopuszczający do informacji tajnych!, bo przecież złodzieje do kancelarii sejmowej się nie zakradli.

Świętym prawem opozycji jest pastwienie się nad potknięciami partii rządzącej i z tego możemy się cieszyć. Czy jednak hipokryzja ma coś wspólnego z wesołością?

Przyjaciele czy wrogowie?

Widząc tytuł tego postu i mając w pamięci wczorajszą wizytę Premiera Donalda Tuska w Moskwie zapewne myślicie że będzie to Polsko-Rosyjska rozprawka. Nic bardziej mylnego. Chciałbym dzisiaj namówić Was do poświęcenia kilku chwil pewnej organizacji znajdującej się po drugiej stronie naszego globu a mianowicie Kongresowi Polonii Amerykańskiej. (KPA).

Trudno nie docenić znaczenia tej organizacji w kontekście stosunków politycznych Polski i USA.

Zanim jednak przejdę do meritum sprawy muszę się do czegoś przyznać. Podczas gromadzenia materiałów do tego postu, targały mną sprzeczne uczucia.

 

Z jednej strony głębokiej wdzięczności dla tej organizacji za wkład w umacnianie polskiej demokracji, za pomoc jakiej udzielała polskim organizacjom opozycyjnym w okresie od zakończenia II Wojny Światowej aż do zwycięstwa Solidarności oraz jej wpływu na kształtowanie przyjaznej polityki USA w stosunku do naszego kraju.

 

Z drugiej strony, żeby nie powiedzieć więcej – mojego głębokiego zaniepokojenia nastawieniem KPA do kolejnych rządów RP od czasu naszej akcesji do europejskich struktur unijnych. Nastawienia które z jednej strony wydaje się być troską o dobro państwa polskiego jak i jego obywateli a z drugiej strony, odznaczającym się brakiem zrozumienia realiów w jakich przyszło nam się znaleźć po rozpadzie ZSRR.

 

Powstała więc we mnie swoista moralność Kalego. Z jednej strony „cacy” a z drugiej „bee”.

 

Na początek może parę słów o KPA

Z Wikipedii

Skocz do: nawigacji, szukaj

Kongres Polonii Amerykańskiej (Polish American Congress) jest organizacją powstałą mniej więcej na rok przed zakończeniem II wojny światowej a było to w  czerwcu 1944 roku. KPA powstała z inicjatywy polonijnych działaczy w USA.

Podczas kongresu założycielskiego w Buffalo, ustalono, że na czele KPA stać będzie prezes największej i najbogatszej (chodziło o finansowanie działań) organizacji polonijnej, jaką był Związek Narodowy Polski (ZNP). Jasnym więc się stało że jej pierwszym prezesem został prezes ZNP Karol Rozmarek. Drugim był Alojzy Mazewski , a trzecim Edward Moskal. W skład KPA weszło ponad 100 organizacji polonijnych w USA oraz wiele osób fizycznych.

Jednymi z największych  osiągnięć KPA  to: doprowadzenie do uznania zbrodni katyńskiej za zbrodnię sowiecką i ludobójstwo przez Kongres USA, znaczny wkład w przyjęcie Polski do NATO.

 

Moje rozterki z KPA

Zaczęły się z chwilą ogłoszenia przez KPA stanowiska Kongresu wobec integracji Polski ze strukturami Unii Europejskiej.

Żeby oddać sprawiedliwość KPA oraz być w zgodzie z sobą samym muszę powiedzieć że pod wieloma z podanych poniżej tez – zgadzam się w zupełności jeżeli chodzi o odbierany dzisiaj przez wielu Polaków obraz przemian gospodarczych i politycznych.

Z drugiej strony – jest dla mnie zrozumiałe iż w ostatecznym rozrachunku (którego ja już pewnie nie doczekam) właśnie taka – a nie inna droga jest dla Polski zarówno opłacalna w sensie możliwości jej rozwoju jak i stabilizacji geopolitycznej.

Zachęcam gorąco do zapoznania się z tym dość długim tekstem, albowiem stanowi on moim zdaniem podstawę do niezbyt przychylnego dla Polski stanowiska KPA a także pozwala mi na zrozumienie kierunku polityki rządu J. Kaczyńskiego po jego wizycie w USA i wynikających z niej konsekwencji  szczególnie na styku państwo - KRK .

Cytat z dokumentu określającego stanowisko KPA w sprawie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej

(cytat)

*  Wobec dramatycznej sytuacji społeczno-ekonomicznej, w jakiej znalazła się Polska pod rządami poprzednich i obecnych elit politycznych, Kongres Polonii Amerykańskiej pragnie przedłożyć swoje stanowisko w sprawie ewentualnego przyjęcia Polski do Unii Europejskiej. Pragniemy przede wszystkim zwrócić uwagę na zagrożenia płynące dla Polski z tego przyjęcia.

 

*  1. Uważamy, że owe przyjęcie niesie ze sobą daleko idącą utratę suwerenności politycznej. Zagrożony jest polski parlamentaryzm i władza sądownicza. Ustawy i uchwały sejmu i senatu pozbawione będą polskiego, narodowego punktu widzenia na szereg spraw natury ekonomicznej, socjalnej, politycznej i duchowej. Decyzje zapadać będą w Brukseli, Frankfurcie i Strasburgu w naszych polskich sprawach i przekazywane Polsce do realizacji. Ta realizacja egzekwowana będzie nie przez władze polskie lecz przez elity i urzędy unijne. Po dołączeniu do Unii Polacy staną się, narodem bez własnego państwa. Kongres Polonii Amerykańskiej wyraża zdecydowaną dezaprobatę wobec tych idei, tego rodzaju procedur i wobec takowego systemu.

*  2. Po wejściu Polski do Unii nastąpi utrata suwerenności ekonomicznej. Polsce wyznaczane będą limity produkcyjne i eksportowe, tak w przemyśle jak i w rolnictwie, likwidowane będą cła zaporowe, zaostrzone zostaną normy techniczno jakościowe i sanitarne. Polska pozbawiona zostanie potężnych dochodów z tranzytu Wschód-Zachód oraz Północ-Południe.

*  Rolnictwo i ziemia

*  3. Nastąpi likwidacja chłopskich gospodarstw rodzinnych, produkujących tradycyjnie ekologiczną żywność. Ten ważny aspekt naszej rodzimej produkcji rolnej jest całkowicie przez administrację Unii ignorowany. W to miejsce wprowadzony ma być wielki agrobiznes, tj. wielkoobszarowe farmy typu amerykańskiego, powiązane z wielkim przemysłem rolno-spożywczym. Niesie to ze sobą antyekologiczną chemizację i genetyczną modyfikację hodowli i upraw rolnych oraz gwałtowny wzrost bezrobocia na wsi (...)

*  Zgadzamy się z poglądem, wywodzącym się z Zachodniej Europy, że dotychczasowa polityka rolna Unii prowadzi do katastrofy. Paradoksem jest, że przy wysokich standardach sanitarnych i ochrony środowiska Unią raz po raz wstrząsają afery związane z produkcją żywności, a więc BSE, dioksyny, pestycydy itp. To właśnie skutek uprzemysłowienia rolnictwa i likwidacji małych gospodarstw. Paradoksem również jest, że polscy rolnicy, którzy używają stosunkowo mało chemii, muszą się przystosować do standardów Unii, a nie odwrotnie. Przestarzały model zachodni w Unii nie sprawdził się. Dlatego wśród rolników, szczególnie francuskich, ale również niemieckich, narasta ruch sprzeciwu wobec unijnej polityki rolnej. Głośno mówi się na Zachodzie o konieczności zmiany obecnej wspólnej polityki rolnej i o wprowadzeniu renacjonalizacji rolnictwa. To chłopi, rolnicy powinni decydować o budowie związków i wspólnot produkcyjnych zwiększających efektywność, atrakcyjność i zbyt produkowanej żywności. To oni sami mają prawo rezygnować z produkcji rolniczej, gdy znajdą inne, bardziej atrakcyjne możliwości. Zmiana wsi musi mieć charakter ewolucyjny, rozłożony na generacje.

*  Są to opinie i postulaty, pod którymi Kongres Polonii Amerykańskiej podpisuje się w całej rozciągłości.

*  Przyłączamy się do zapowiedzi Stanów Zjednoczonych o wstrzymaniu importu żywności z Unii. Zdajemy sobie sprawę z tego, że presja USA w tej kwestii jest ogromna, i że musi ona doprowadzić do określonych zmian. Zmiany te to właśnie renacjonalizacja rolnictwa. Polska popełniła błąd, otwierając granice na import żywności z UE. Straty, jakie ponosi z tego tytułu, wielokrotnie przewyższają skromną pomoc oferowaną przez UE w ramach SAPARD, PHARE i ISPA. Wobec tych faktów Kongres Polonii Amerykańskiej z wielkim krytycyzmem odnosi się do polskich władz i podporządkowanych im środków masowego przekazu, zachwalających wspólną politykę rolną UE. Nie rozumiemy, że czynniki te nie zdają sobie sprawy z bankructwa tej polityki. Propaganda w Polsce obiecuje rolnikom deszcz pieniędzy, a tymczasem pieniędzy nie będzie, bez względu na to, czy Polska wstąpi do Unii, czy nie wstąpi.

*  Uważamy, że Niemcy w majestacie prawa unijnego mogą przejąć Ziemie Odzyskane, ponieważ polscy rolnicy nie posiadają do niej, z winy władz polskich, legalnych tytułów własności.

*  Znaczne obszary rolne w innych rejonach Polski przejdą w ręce obcokrajowców - Holendrów, Francuzów, Belgów, Szwedów i innych, co oznacza, ze Polacy zepchnięci zostaną do roli najemników (...)

*  Kongres Polonii Amerykańskiej mówi stanowczo NIE dla takich "perspektyw".

*  4. Polska traktowana będzie jako rynek surowcowy (węgiel, miedź, siarka, produkcja rolna itd.), rynek zbytu dla towarów zachodnio-europejskich oraz jako rezerwuar taniej siły roboczej. Są to cechy kraju kolonialnego. Przy czym już teraz wiadomo, że polscy robotnicy przez długie lata nie będą mieli dostępu do rynków pracy w obecnych 15-tu krajach UE, borykających się z własnym wysokim bezrobociem.

*  Kongres Polonii Amerykańskiej nigdy nie zaakceptuje polityki rządu prowadzącej do ustawienia Polski w pozycji kraju wasalnego.

*  5. Przewiduje się, że polityka ekonomiczna UE w stosunku do Polski doprowadzi w najbliższym czasie do wzrostu bezrobocia z obecnych 3 milionów, plus 1 milion ukrytego bezrobocia na wsi, do poziomu 7 a nawet 7,5 miliona bezrobotnych. Bezrobocie może więc osiągnąć poziom 35%. Stagnacja ekonomiczna obecnej Europy Zachodniej nie pozwala w praktyce na realizację założenia o wolnym przepływie siły roboczej, a więc na rozładowanie obecnego i przewidywanego bezrobocia w Polsce.

*  Zakładany wolny przepływ kapitału oznacza już obecnie ułatwiony transfer za granicę zysków wypracowanych w Polsce przez firmy zagraniczne, co oznacza blokowanie tworzenia nowych miejsc pracy, a więc jest czynnikiem powodującym wzrost bezrobocia.

*  6. Trwa proces przekazywania banków polskich w ręce bankierów zachodnioeuropejskich. Nie ma pewności, czy Narodowy Bank Polski pozostanie w rękach państwa polskiego.

*  7. Oblicza się, jak wiadomo, że Polska będzie wpłacała do skarbu, czyli do kasy Unii około 2,5 do 3 miliardów euro rocznie, a ile będzie otrzymywała nie wiadomo. Obiecywane "wielkie pieniądze" już przy temacie dopłat dla rolnictwa okazały się słowami bez pokrycia.

*  8. Nasza historia będzie fałszowana. Proceder ten już się rozpoczął. Następować będzie niszczenie tradycji narodowych i ducha narodowego, ograniczany i niszczony będzie tradycyjny polski katolicyzm i inne wyznania religijne.

*  9. Europą rządzi grupa, nie wybrana w żadnych wyborach. Oponenci, którzy kwestionują ich decyzje nie mają dostępu do mediów, zamyka się im drogę do głoszenia swoich poglądów na uniwersytetach lub są zwalniani z pracy. Są intelektualiści, którzy twierdzą, że Unia Europejska to nowy Związek Sowiecki. Widoczne są już symptomy dyktatury i totalitaryzmu. Twierdzą oni, że jedność europejska powstała z syntezy ideologii socjalistycznej i struktur mafijnych nie ma nic wspólnego ze zdrową integracją kontynentu europejskiego. Unia Europejska jest organizacją niedemokratyczną, a nawet antydemokratyczną.

*  10. Opozycja w Polsce ostrzega, że procesy zachodzące w Unii Europejskiej i w krajach postkomunistycznych zmierzają do stworzenia nowego totalitarnego systemu. Istnieje w Polsce stały komitet, który będzie zajmował się zagrożeniami płynącymi z Unii Europejskiej. Kongres Polonii Amerykańskiej uważa, że jest to działanie konieczne jako zdrowa przeciwwaga w stosunku do jednostronnej propagandy prounijnej.

*  11. Negocjacje wykazały, że ludzie tworzący Unię to buchalterzy. Dla tych ludzi nie istnieją takie pojęcia, jak: "ojczyzna", "patriotyzm", "wolność", "naród", "tradycje narodowe", "religia", "wartości duchowe", "solidarność" itd. Te wyższe wartości w jawny sposób zastępowane są twardym rachunkiem ekonomicznym i bezwzględną finansową kalkulacją.

*  12. Uważamy, że o przystąpieniu lub nie przystąpieniu Polski do Unii winno zadecydować ogólnonarodowe referendum. Zastrzegamy jednak, że referendum to powinno się odbyć jedynie wówczas kiedy społeczeństwo polskie zostanie rzetelnie i wyczerpująco poinformowane nie tylko o korzyściach, ale przede wszystkim o wszelkich zagrożeniach, o których mówimy. Aby tak się stało fundusze Unii przeznaczone na informację powinny, wzorem Szwecji, być przeznaczone w 50 procentach na akcję informacyjną prounijną i w 50 procentach na akcję antyunijną. A tymczasem mamy do czynienia z faktem, że całość funduszy unijnych rząd polski przeznacza wyłącznie na szeroko zakrojoną propagandę prounijną. (...)

*  13. Pragniemy podkreślić, iż Norwegia, członek NATO, w wyniku ogólnonarodowego referendum, chroniąc swoją gospodarkę, do Unii Europejskiej nie weszła. Niech się Rodacy nad Wisłą nad tym zastanowią.

*  Godzi się przypomnieć, że z inicjatywy KPA miliony listów, kierowanych przez Polaków i Amerykanów polskiego pochodzenia do amerykańskich ustawodawców zdecydowały o przyjęciu Polski do NATO, a więc do paktu militarnego. Natomiast, w obliczu dostrzeganych przez nas zagrożeń, wzorem Norwegii zachowujemy rezerwę, w sprawie przyjęcia Polski do Unii Europejskiej.

*  14. Pamiętamy słowa polskiego premiera: "Rząd poda się do dymisji, jeżeli w referendum większość Polaków opowie się przeciwko przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej"

*  . 15. Władze polskie argumentują, że jeżeli odrzucimy akcesję, to Polska zostanie sama na arenie międzynarodowej, zabraknie jej siły przebicia, przegra na rynkach międzynarodowych. Władze powtarzają, że dla Polski wstąpienie do Unii nie ma alternatywy. Opierając się na opiniach ekspertów w tej materii, uważamy ten pogląd za największy błąd i podkreślamy, że alternatywą dla przystąpienia jest po prostu nieprzystąpienie do Unii. Od Unii można coś uzyskać tylko wtedy, gdy alternatywą jest nieprzystąpienie. Grecja, Hiszpania i Austria swoje negocjacje z Unią opierały właśnie na takim założeniu.

*  16. Polska posiada doskonałe położenie geopolityczne. W jej interesie jest zachowanie pełnej suwerenności ekonomicznej. Suwerenność ta pozwoli jej na równorzędne partnerstwo gospodarcze z krajami Unii. Brak tej suwerenności stawia ją w pozycji kraju drugiej lub trzeciej kategorii. Polska posiada wielu zdolnych i wykształconych ludzi, wielu specjalistów liczących się na arenie międzynarodowej. Posiada wielkie rezerwuary siły roboczej i bogactwa naturalne, wysoką kulturę, i może z powodzeniem obejść się bez parasola Brukseli. Polska z jej potencjałem gospodarczym ma ogromną szansę wejścia, obok Unii, na wielkie rynki Rosji, Ukrainy, Białorusi, Rumunii, Bułgarii oraz innych państw południowo-wschodniej Europy, a także państw azjatyckich i południowo-amerykańskich. Ma również szanse szerszego wejścia na rynki Ameryki Północnej.

*  Kongres Polonii Amerykańskiej uważa, że Polska powinna z tej szansy skorzystać. W dotychczasowych układach i układzie oferowanym przez Unię Europejską nie ma, naszym zdaniem, i nie będzie miała szans konkurować z wyżej ekonomicznie stojącymi krajami Europy Zachodniej. Poza tym Unia Europejska nie jest unią celną, a więc nie może uniemożliwiać dostępu polskich towarów na swój rynek. Swoboda handlu jest zagwarantowana postanowieniami WTO. Dlatego przystąpienie Polski do Unii nic nie poprawi, a nieprzystąpienie nie pogorszy. Obecna polska gospodarka potrzebuje napływu obcego kapitału. Uważamy, że kapitał ten powinien być obecny, ale bez zobowiązań politycznych, które usiłuje Polsce narzucić Bruksela. Takim kapitałem mógłby być, między innymi, kapitał amerykański.

*  17. Drugą alternatywą mogłoby być przystąpienie Polski do NAFTA, tj. do Północno-Amerykańskiej Strefy Wolnego Handlu. NAFTA jest sukcesem gospodarczym. Po wejściu do tej strefy spadło, jak wiemy, bezrobocie tak w Meksyku jak i w Kanadzie. Odległość pomiędzy Polską a Kanadą, czy Stanami Zjednoczonymi i Meksykiem nie ma tutaj istotnego znaczenia. Wiemy, że do NAFTA ma wejść daleko położona Malezja, Turcja. Dlaczego nie mogłaby tego uczynić Polska?

*  18. Unia Europejska, to układ, w którym korupcja jest nieunikniona. Dysponowanie ogromnymi środkami finansowymi prowadzi do korupcji, bez względu na tworzenie piętrowych systemów kontroli.

*  19. Unia Europejska nie rozwiązała dotąd żadnego z ważnych problemów, z którymi borykają się społeczeństwa europejskie. Bezrobocie wzrosło, różnice poziomu życia powiększają się, poszerzają się dziedziny przestępczości, narkomania ogarnia coraz szersze kręgi, rośnie groźba kryzysów finansowych, degradowana jest nauka i kultura, moralność upada, narastają tendencje separatystyczne, pogoń za zyskiem niszczy ideały człowieczeństwa.

*  20. Obserwatorzy i analitycy zauważają, że Unia Europejska nie ma przyszłości. Jest to twór sztuczny, pełen wewnętrznych sprzeczności, budowany przez ludzi bez wyobraźni, bez szacunku dla historii, tradycji narodowych i bez szacunku dla własnych społeczeństw.

*  Struktura demograficzna Unii, wskazująca na to, że ludzi młodych, zdolnych do pracy, będzie mniej niż emerytów, mówi, że nastąpi rozsadzenie budżetów w krajach Piętnastki, a w dalszej kolejności rozpad Unii. Być może wyjście Austrii będzie pierwszym wstrząsem i początkiem tego rozkładu. Wtedy może nastąpi początek prawdziwego jednoczenia, opartego na zasadach, o jakich o wiele wcześniej myśleli ojcowie wspólnej Europy, Konrad Adenauer, Alcide de Gasperi czy Robert Schuman.

*  Idea zjednoczenia jest ideą fascynującą, ale tylko w tym wymiarze, jaki wywodzi się z głębokiego nurtu społecznej nauki Kościoła.

*  21. Wobec przytoczonych wyżej zagrożeń i faktów Kongres Polonii Amerykańskiej wspiera polską opozycję wskazującą na zagrożenia związane z wejściem Polski do Unii Europejskiej.

*  Stanowisko nasze jest tym bardziej uzasadnione, gdy się zważy, że jesteśmy organizacją Amerykanów polskiego pochodzenia, którą obowiązuje nie tylko troska o dobro Polski, ale również lojalność wobec kraju, w którym żyjemy. W ekonomicznej walce konkurencyjnej zawsze będziemy stać po stronie Ameryki. Polska jako jedyny kraj Europy, darzący Stany Zjednoczone tradycyjną sympatią i podziwem, powinna szeroko otworzyć swoje rynki dla amerykańskich inwestorów bez jakichkolwiek zobowiązań politycznych i bardziej dynamicznie wchodzić ze swoimi produktami i myślą techniczną na zawsze chłonny rynek amerykański. Dotychczasowe działania polskiego rządu w tym zakresie uważamy za dalece niewystarczające. Polskę w eksporcie do Stanów Zjednoczonych wyprzedzają takie kraje jak Tajwan, Korea, Japonia, Chiny, Meksyk, a nawet w pewnych branżach Afganistan. Ten stan rzeczy nie jest do zaakceptowania.

*  22. Jako Polacy na emigracji i Amerykanie polskiego pochodzenia, w przeważającej większości katolicy, jesteśmy przeciwni regulacjom prawnym Europy Zachodniej, dopuszczającym aborcję, eutanazję i małżeństwa homoseksualne. Tego rodzaju regulacje, sprzeczne z nauką Kościoła katolickiego, nie mogą mieć miejsca ani w Polsce ani w chrześcijańskiej Europie.

*  23. Popieramy projekt konstytucji europejskiej, w którym zawarta będzie zasada "Invocatio Dei". Obecny kształt duchowy Europy przez setki lat tworzony był przez chrześcijaństwo. Tak Polska jak i cała Europa od zarania dziejów związana jest z chrześcijaństwem. Obecni "twórcy nowej Europy" nie czują się związani tą tradycją. (...)

*  24. Stosunki pomiędzy państwem i Kościołem katolickim reguluje w Polsce konkordat. Negocjacje pomiędzy Unią i państwami kandydującymi dotyczą sfery polityki i ekonomii. Niewiele niestety słyszymy o negocjacjach dotyczących wyznań religijnych. Słyszymy natomiast o wykreślaniu z dokumentów unijnych takich słów, jak "chrześcijaństwo", "tradycje chrześcijańskie", "kultura chrześcijańska", "wartości religijne" itp. Dzieje się tak, ponieważ globalistyczna Europa ma być ateistyczna, ma być ugrupowaniem państw bez Boga, a więc ugrupowaniem takim, jakim był w sensie ideowym komunizm.

*  Nie ma w historii Europy żadnego systemu ideologicznego, który mógłby zastąpić chrześcijaństwo w roli fundamentu spajającego życie społeczne. Wszelkie próby takiego zastąpienia kończyły się tragicznie.

*  Oczywistym jest, że historycznie i kulturowo Polska przynależała i przynależy do Europy. "Polska - jak mówi Jan Paweł II - pragnie nadal trwać w Europie jako państwo, które ma swoje oblicze duchowe i kulturalne, swoją niezbywalną tradycję historyczną, związaną od zarania dziejów z chrześcijaństwem. Tej tradycji, tej narodowej tożsamości Polska nie może się wyzbyć... Rzeczpospolita Polska nie może niczego stracić ze swoich dóbr materialnych i duchowych, których za cenę krwi broniły pokolenia naszych przodków.

*  Kongres Polonii Amerykańskiej protestując przeciwko ateizacji Europy w całej rozciągłości identyfikuje się z przytoczonymi słowami naszego wielkiego Rodaka.

*  Na zakończenie Kongres Polonii Amerykańskiej wyraża swoją opinię, że porozumienie wynegocjowane w Kopenhadze nie zabezpiecza należycie polskich interesów i narusza podstawowe zasady Unii Europejskiej o równości praw i obowiązków wszystkich państw.

*  (koniec cytatu)

*  Inspiracją do opublikowania już dzisiaj tego postu została notka na portalu tvn24.pl:

*  http://www.tvn24.pl/-1,1538223,wiadomosc.html

*  W której KPA WYTYKA BŁĘDY NOWEJ WŁADZY

Również zachęcam do zapoznania się z jej lekturą

Polska państwem fikcji?

Z góry muszę powiedzieć że na prawie nie znam się wcale. Być może nie powinienem pisać tego postu a z pewnością lepiej zrobił by to za mnie ktoś taki jak choćby nasz blogowy kolega Krzysztof ale mimo to spróbuję, bo jakoś nikt się do tego nie kwapi, a sprawa moim zdaniem jest poważna.

Konstytucyjnie rzecz ujmując – Polska jest państwem prawa. I dobrze. To znaczy dobrze by było ale nie jest.

Nie jest, bo uważam że twierdzenie o równości obywateli wobec prawa jest czystą fikcją.

Na jakiej podstawie zapytacie? Bardzo prostej i jak na ten blog przystało zapewne domyślacie się już że chodzi mi tutaj o polityków.

Jeżeli chodzi o zwykłych obywateli, to ich odpowiedzialność za czyny przestępcze lub społecznie szkodliwe opiera się na kodeksach prawa cywilnego i karnego. Zupełnie inaczej sprawa wygląda wśród polityków i nie chodzi mi tutaj absolutnie o pojęcie immunitetu bo ten chroni ich od odpowiedzialności za przestępstwa pospolite tylko na czas pełnionych przez nich funkcji. W stosunku do polityków w zależności od pełnionych przez nich funkcji stosuje się nieco odmienne rodzaje odpowiedzialności.

Są to:

1.    Odpowiedzialność polityczna. Definiowana jest jako …prawna lub obyczajowa zasada, zgodnie z którą parlament może odwołać szefa rządu wraz z całym gabinetem (odpowiedzialność solidarna) bądź poszczególnych ministrów (odpowiedzialność indywidualna), jeżeli negatywnie oceni prowadzoną przez nich politykę.

W
systemie parlamentarno-gabinetowym formą pociągnięcia do odpowiedzialności politycznej całego rządu lub jego pojedynczego członka, jest uchwalenie przez parlament wotum nieufności albo nie udzielenie wotum zaufania. Głowa państwa (np. prezydent, monarcha) nie odpowiada politycznie, ponieważ wydawane przez nią akty prawne wymagają kontrasygnaty któregoś z właściwych ministrów, na którego, w następstwie, przechodzi odpowiedzialność za podjętą decyzję…

…Odpowiedzialność polityczna nie jest związana z naruszeniem
prawa (z którym wiąże się odpowiedzialność konstytucyjna najwyższych urzędników państwa), dlatego też parlament poddaje jedynie ocenie politycznej działalność rządu lub jego poszczególnych ministrów…

 

2.    Odpowiedzialność przed Trybunałem Stanu.  Przed Trybunałem Stanu mogą zostać postawieni jedynie przedstawiciele najwyższych władz państwowych, wymienieni w art. 198 Konstytucji i są to:

 

a.    Prezydent, za naruszenie Konstytucji lub ustawy, ale też za przestępstwa pospolite i skarbowe.

b.    Premier i ministrowie - za naruszenie Konstytucji lub ustawy, oraz za przestępstwa związane z pełnioną przez nich funkcją.

c.    Prezes NBP - za naruszenie Konstytucji lub ustawy

d.    Prezes NIK - za naruszenie Konstytucji lub ustawy

e.    Członkowie KRRiT - za naruszenie Konstytucji lub ustawy

f.     kierownicy ministerstw - za naruszenie Konstytucji lub ustawy

g.    Naczelny Dowódca Sił  Zbrojnych - za naruszenie Konstytucji lub ustawy

h.    Posłowie i senatorowie - w razie złamania zakazu działalności gospodarczej i czerpania korzyści z majątku Skarbu Państwa

3.    Odpowiedzialność konstytucyjna - …to przewidziane z reguły konstytucją konsekwencje, które można zastosować wobec osób zajmujących wysokie stanowiska w państwie, jeśli te osoby podczas wykonywania swoich funkcji naruszyły konstytucję bądź inne ustawy.

Dotyczy na ogół:  prezydenta, premiera, ministrów ,wyższych urzędników administracji państwowej

 

Zasadniczo istnieją dwa sposoby realizacji odpowiedzialności konstytucyjnej. Pierwszą i starszą jest wywodząca się z angielskiego parlamentaryzmu procedura impeachmentu. W procedurze tej niższa izba parlamentu formułuje akt oskarżenia i głosuje nad postawieniem oskarżonego przed sądem, funkcję sądu zaś pełni wyższa izba parlamentu. Inną formą, obecnie popularniejszą w Europie, jest ta, w której jedna lub obie izby parlamentu decydują czy postawić oskarżonego przed sądem. Sądzi specjalny sąd zwany przeważnie Trybunałem Stanu

 

Gdyby ktokolwiek nas – zwykłych obywateli – dokonał zaniechania czynności wynikających z kodeksu pracy czy też poleceń szefa – został by wywalony z pracy. Mało tego – w przypadku gdyby pracodawca poniósł z tego tytułu jakieś straty – z pewnością finał problemu został by rozwiązany przez sąd i musielibyśmy ponieść prawne konsekwencje swojego czynu a tymczasem?

Co grozi politykom za nie wprowadzenie systemu wypłat z II filara ubezpieczeniowego?

Co grozi politykom za zaniedbania we wprowadzaniu i realizacji Euro 2012 na którym państwo maiło zarobić niezłą kasę?

Państwo to przecież my. Obywatele. To my zatrudniamy Prezydenta, Premiera, Posłów i Senatorów.

Czy mamy prawo sądzić ich z powództwa cywilnego  lub karnego za poniesione straty?

 

 

p.s. tekst pisany kursywą zawiera cytaty z wikipedii

Łańcuszek

Widzieliśmy go niemal wszyscy. Misternie splecione ze sobą kółeczka tworzące zamknięty obwód. Jakże pięknie wygląda on – gdy zrobiony ze złotego kruszcu, czasem zdobiony brylantami spoczywa wdzięcznie na szyi  bądź przegubie ręki kobiety.

Jest jednak jeszcze jeden(nie tylko) jego rodzaj:

Łańcuszek kłamstw.

Kiedy pęknie jedno z jego ogniw, nanizane nań „paciorki” zaczynają sypać się jak z rękawa. To dokładnie tak – jak w przypadku niekontrolowanej reakcji łańcuchowej. To dokładnie tak – jak w czasie lawiny – kiedy rozpędzona masa kamieni pędząc w dół zabiera ze sobą następne i zwiększając swoją masę jeszcze bardziej nabiera siły rażenia.

Potworny widok. Oglądaliśmy niejednokrotnie zdjęcia i filmy z takich katastrof. Zmiecione z powierzchni ziemi domy, ciała zabitych ludzi, łuny wznieconych pożarów. Scenariusz jak u Hickoka, gdzie wszystko zaczyna się od trzęsienia ziemi a później – może być już tylko gorzej.

Ciekawe – ile jeszcze dzieli nas od poznania całej prawdy o działalności pana Maciarewicza i podległych mu ongiś służb.

  

Być może nie dowiemy się tego nigdy ale i tak, widok gruzów jakie odsłaniają przed naszymi oczami dziennikarze mediów, zarówno tych prasowych jak i telewizyjnych napawa mnie przerażeniem.

Zapewne uznacie mnie naiwniakiem, kiedy zadam jedno z najprostszych pytań.

Po co?

Pan Antoni Maciarewicz już z samego wyglądu, jawi mi się jako postać Feliksa Dzierżyńskiego.

  

Także jego wręcz obsesyjna skłonność do wietrzenia wokół idei ukochanego wodza  wszechogarniającej zdrady, przypomina jak żywo postać legendarnego już twórcy terroru w stosunku do sowieckiej kontrrewolucji, a w końcu któż inny jak nie działalność tajnych służb WSI mogły by temu wodzowi zagrozić?

Trudno posądzić pana Antoniego o brak inteligencji. Wszak wszystko co za zasłoną i tajne – stanowić może zagrożenie, więc idąc dalej spiskową teorią dziejów doszedł on do wniosku, iż najbardziej przypodoba się on swojemu wodzowi dokonując w tych służbach rewolucji stawiając na ich czele ludzi wiernych i zaufanych.  Postępowanie logiczne i całkiem z punktu widzenia pana Antoniego zrozumiałe.

Pan Antoni nie był jednak do końca na tyle sprytny aby uzmysłowić sobie fakt istnienia lawiny. Majstrowanie przy kamieniach na zboczu góry jest czynnością niesłychanie niebezpieczną, albowiem jeden fałszywy ruch i katastrofa gotowa.

Tak długo – jak jesteśmy w stanie kontrolować wykonywane czynności – tak długo istnieje szansa, że do wypadku nie dojdzie. Pan Antoni nie przewidział jeszcze jednej rzeczy a mianowicie przyspieszonych wyborów.

I stało się. Zanim doszło do ostatecznej zmiany warty, pod zasłoną nocy zaczęto zwozić do jedynego jeszcze bastionu wodza tajne dokumenty i materiały dotyczące rozmontowywanej misternie WSI. Dzisiaj możemy się już tylko dowiedzieć o skutkach jakie pociągnęły za sobą te nieodpowiedzialne działania. Możemy oglądać tylko efekt śmiercionośnej lawiny, choć jak sądzę, obraz który do nas dociera jest tylko wierzchołkiem góry bo wiele tajemnic zostanie (i słusznie) ukrytych przed naszymi oczami.

Dlaczego o tym piszę?

Nie – z jakichś niskich pobudek. Nie interesuje mnie pan Antoni jako osoba więcej niż zeszłoroczny śnieg. Nie chodzi mi tutaj o PiS i to aby się nad tą partią pastwić.

Chodzi mi tutaj o nadrzędny ponad wszystkimi partiami politycznymi interes państwa. Nie ma takiego państwa na świecie, które w swoich strukturach nie miałby służby jaką w Polsce sprawowały Wojskowe Służby Informacyjne. W wielu krajach występują one pod inną nazwą, ale sens ich działania jest zawsze taki sam. Sposób działania także. To muszą być tajne służby. Powiem więcej. Super tajne.

To co zrobiono z polskimi WSI nie wytrzymuje żadnego cenzuralnego określenia a kolokwializmu nie chcę na tym blogu stosować. Nie wyobrażam też sobie, aby w stosunku do osób winnych tej sytuacji nie wyciągnięto daleko idących sankcji karnych. 

Napisałem – nie wyobrażam sobie i złapałem się za głowę, bo niby kto miałby się tymi sankcjami zająć. Przecież także prokuratura należała za sprawą wiernego Zbigniewa w całości do obozu wielkiego wodza.

Niezły łańcuszek ludzi „dobrej woli”.

Nieprawda?

Przed wyjazdem do Moswy

W sumie wróżenie z fusów – bo oczekiwań jest tyle samo co pytań a możliwość realizacji każdego z nich może być równo iluzoryczna jak ewentualna ciągłość polityki sowieckiej po zmianach jakie nastąpią z chwilą odejścia Putina z zajmowanego obecnie stanowiska co jak na wartość ewentualnie zawartych porozumień jest okresem bardzo krótkim choć nie można wykluczyć że po zakończeniu prezydentury nie zostanie on premierem tego kraju.

Jednakże sam Putin to nie cała Rosja.

  

Trudno niedoceniać wielu doniesień prasy zarówno krajowej jak i zagranicznej mówiących o działalności na terenie Rosji organizacji mafijnych mających olbrzymi wpływ na politykę gospodarczą tego kraju zwłaszcza w sektorach paliwowych a przecież ten rodzaj wzajemnych kontaktów gospodarczych ma dla obu krajów olbrzymie znaczenie.

Z pewnością jednym z tematów jakie zostaną poruszone będzie sprawa rozmieszczenia na terenie Polski i Czechosłowacji amerykańskiego systemu tarczy antyrakietowej. Dodajmy systemu, – który w zasadzie istnieje dopiero w fazie projektu a jego rzeczywisty sens odbiega znacznie od tego co prezentuje polityka amerykańskiego Białego Domu. Ciekawe czy Rosjanie – których trudno przecież podejrzewać o brak informacji na temat rzeczywistych powodów instalacji tego systemu odniosą się do tego punktu wizyty ambicjonalnie czy też wykażą dobrą wolę odsuwając problem do momentu rzeczywiście podjętych w tym zakresie działań a przypomnijmy tutaj że okres ten realny jest dopiero co najmniej za 8 lat.

Czy Rosji może zależeć na osiągnięciu dobrosąsiedzkich stosunków z Polską skoro obecnie należymy do wojskowych struktur paktu północno atlantyckiego NATO oraz gospodarczo występujemy jako członek Unii Europejskiej?

Z pewnością tak. Obroty gospodarcze osiągnięte w 2007 roku opiewają na niebagatelną kwotę 17 mld dolarów i z pewnością nie jest to kres wzajemnych możliwości. Istnieje jeszcze wiele niezagospodarowanych do tej pory obszarów pozwalających w niezbyt długiej perspektywie zwiększyć tą wartość ponad dwukrotnie. Czy nam się to uda, - zależeć będzie to od wielu uwarunkowań ale myślę ze warto tutaj podjąć wysiłki w celu urzeczywistnienia takiego planu.

Nie bez znaczenia będzie tutaj nasze stanowisko w sprawie amerykańskiej tarczy. Czy dzięki jej umieszczeniu na terenie naszego kraju możemy zapewnić sobie większe bezpieczeństwo? Istnieje wiele opinii na ten temat zarówno ze strony wojskowych jak i „zwykłych zjadaczy chleba” jakimi jesteśmy my – internauci. W prezentowanym przeze mnie dwa dni temu poście na ten temat spotkałem się w komentarzach ze skrajnie różnymi zdaniami. Przed podjęciem ostatecznej decyzji w tej sprawie (przypomnijmy że polsko-amerykańskie rozmowy są wciąż w fazie negocjacji) należy sobie odpowiedzieć na pytanie czy istniejący obecnie system bezpieczeństwa w Europie zapewni nam wystarczającą ochronę w obliczu zagrożenia, bo cena umieszczenia na naszym terenie wspomnianej tarczy może być niewspółmierna do utraty ewentualnych korzyści gospodarczych.

Myślę że podobnie jak w relacjach Polsko – Niemieckich,  powinniśmy skończyć z Rusofobią. Wszak już dawno wyzwoliliśmy się z pod jej wszechogarniającego wpływu, a kultury obydwu krajów nie są przecież aż tak rozbieżne jak np. Polski i Niemiec.

Nie zazdroszczę w tym momencie Donaldowi Tuskowi jego pozycji.

  

Spocznie mu bowiem na barkach podjęcie niezwykle trudnych decyzji rzutujących w sposób długofalowy na wzajemne stosunki Polska-Rosja, Polska-NATO i USA.

Jak zjeść tą żabę? – nie wiem.

Zapytam więc wprost i tym razem nie po łacinie. W którą stronę pójdziesz Polsko.

A wy moi drodzy czytelnicy? Jak sądzicie?. W którą stronę powinien zmierzać nasz kraj?

Centrum wypędzonych i my Polacy

Temat niezwykle trudny. Z jednej strony bezprzykładne bestialstwo na terenach zajętych w czasie II Wojny Światowej przez niemieckich oprawców a z drugiej – próby zarówno unormowania tych kwestii pomiędzy Polską i Niemcami jaką podejmuje obecnie Pani Kanclerz Angela Merkel oraz nieodpowiedzialne i szkodliwe działania Eryki Steinbach z jej poronionym pomysłem budowy centrum wypędzonych.

Na początek spróbuję się odnieść do Eryki Steinbach i jej pomysłu.

   

Pomysłu zwariowanego – albowiem każda tego rodzaju próba obarczania Polaków odpowiedzialnością za losy wypędzonych z zajmowanych przed II wojną terenów należących dzisiaj do Polski jest próbą którą należy ocenić zarówno jako zakłamywanie historii jak o przejaw skrajnej nieodpowiedzialności ponieważ podważa ona i tak wątłą nadzieję na wzajemne porozumienie obojga narodów.

Porozumienie – bo przecież nie zapomnienie. Polska – Polacy – nigdy nie zapomną ofiar hitlerowskiej agresji. Agresji nie zawinionej, i okupionej krwią i życiem milionów żołnierzy i ludności cywilnej.

To prawda że w chwili zakończenia wojny i czasie deportacji ludności niemieckiej z naszego kraju nie byli oni żegnani kwiatami, ale też trudno mieć jednocześnie pretensje do żegnającej ich ludności polskiej za takie zachowanie. Nie można też uznać w żadnym wymiarze pretensji obywateli Niemiec do pozostawionego tutaj mienia stałego w postaci budynków mieszkalnych i zabudowań. Straty gospodarcze jako w wyniku agresji hitlerowców poniosła Polska i tak są niewspółmiernie wyższe od tych – o jakie oskarża się nasze władze oraz obywateli za ich zawłaszczenie.

Można zupełnie z ludzkiego punktu widzenia spróbować zrozumieć sentyment do domu rodzinnego który pozostał w ich dawnej ojczyźnie ale próba oskarżania w tym momencie Polski o jego zawłaszczenie jest co najmniej śmieszna.

Przejdźmy teraz do Pani Kanclerz i jej inicjatywie budowy muzeum „Widomy znak”.

   

Moim zdaniem jest to z pewnością krok w dobrym kierunku. Uważam tak dla tego – że nie da się budować przyszłości bez uregulowania wszystkich spraw związanych z przeszłością, a przecież ta – nie była niestety dla obydwu narodów pasmem wzajemnie pozytywnych relacji. Próba zawieszenia okresu II wojny światowej „w próżni”, wcześniej czy później ale zawsze będzie powracać. Potrzebne są solidne fundamenty do budowy nowego domu jakim jest dla Polski oficjalne wejście do wspólnoty europejskiej. Celowo użyłem tutaj sformułowania „oficjalne” albowiem Polska w Europie była od zawsze a tylko nasze jej miejsce w tym organizmie było zdeprecjonowane 40letnią okupacją sowiecką.

Zaproszenie do wspólnej budowy jakie wystosowała Pani Kanclerz do władz naszego kraju, może dawać nadzieję iż tym razem, dzięki wspólnej pracy nad tym przedsięwzięciem będziemy mogli mieć wpływ na zaakcentowanie prawdy historycznej i naszego w tym przedsięwzięciu znaczenia.

Nie zgadzam się w tym momencie ze zdaniem Pana prof. Bartoszewskiego który podchodzi do tego tematu z rezerwą i na zasadzie „poczekamy – zobaczymy. Rozumie sceptycyzm z jakim odnosi się do tego pomysłu pan profesor chociażby z powodu własnej pamięci do wydarzeń jakie dane mu było przeżyć w tym trudnym okresie, jednakże skoro został on wyznaczony przez rząd Donalda Tuska jako doradca w kontaktach dyplomatycznych Polski i Niemiec, to powinien sobie jednoznacznie zdawać sprawę z odpowiedzialności jaka w tym momencie spoczywa na jego barkach i nie dopuścić do zmarnowania tej moim zdaniem szansy na normalizację.

Przejdźmy teraz do sprawy którą zostawiłem na koniec a która dla mnie jest najważniejsza czyli:

Sprawa Polski.

W relacjach Polsko – Niemieckich, na Polsce również spoczywa wielka odpowiedzialność za pomyślny rozwój zjednoczonej Europy której państwo Niemieckie jest obecnie jej niekwestionowanym liderem.

Dzisiaj Niemcy wpłacają do UE zdecydowanie najwięcej środków finansowych mających na celu zrównanie lub choćby tylko przybliżenie statusu innych krajów członkowskich a szczególnie krajów nowo przyjętych do których przecież właśnie my się zaliczamy. Polska jest jednym z większych krajów tej organizacji . Jesteśmy narodem mogącym poszczycić się jednak tylko naszą historią z której jak mnie znacie jestem bardzo dumny.

Jednak samą historią żyć się nie da. Z pewnością należy ją kultywować i upowszechniać a do tego, izolacjonizm jaki zaprezentowała w praktycznym działaniu była pani Minister Spraw Zagranicznych z pewnością się nie przyczynił. Powinniśmy zdecydowanie zmienić tą politykę i naprawdę cieszę się że rząd Pana Premiera Donalda Tuska taką politykę jak uprzednio odrzucił. Wizyta w Polsce sekretarza stanu ds. kultury Bernda Neumanna, który sam urodził się w 1942 r. w Elblągu, powinna moim zdaniem stać się pierwszą jaskółką zapoczątkowującą nowy etap budowy wzajemnych stosunków i podstaw do porozumienia.

Sądzicie tak samo czy inaczej?

Zliwidować ten urząd

Obojętne który. Premiera lub prezydenta. Istnieją przykłady wielu narodów w których głową państwa jest osoba piastująca funkcję prezydenta i premiera jednocześnie, i jak pokazują ich przykłady, taki właśnie system sprawdza się w praktyce znacznie lepiej niż ten – który mamy w Polsce

  

Biały dom w USA                      Sejm RP

Jak nie za bardzo lubię amerykanów (nie wiem dlaczego) to przyglądając się temu zlepkowi różnych kultur i narodowości zauważam wiele podobieństw pomiędzy naszymi krajami.

Zbiór podstawowych aktów prawnych zwanych potocznie konstytucją powstał w obu krajach mniej więcej w tym samym czasie. Dla USA był to rok 1787 a dla Polski 1791.

W obydwu krajach dokonano trójpodziału władzy, tzn. wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą.

Różnice pojawiają się w dwóch przypadkach. W USA stanowisko prezydenta i premiera pełni jedna i ta sama osoba. W Polsce stanowiska te są rozbieżne.

Również sposób wyboru prezydenta jest inny niż w Polsce. W USA dzieje się to w wyborach pośrednich.  

W USA - Prezydent (i wiceprezydent) wybierany jest w pośrednich wyborach na czteroletnią kadencję, może powtórnie sprawować urząd tylko raz. Prezydenta wybierają elektorzy przysługujący każdemu stanowi w liczbie równej członkom Kongresu z danego stanu. Choć dziś we wszystkich stanach elektorzy są wybierani w głosowaniu powszechnym, to stany nie mają obowiązku organizowania wyborów. Zgodnie z art. II Konstytucji Stanów Zjednoczonych o sposobie wyboru elektorów decyduje stanowa legislatywa i jeśliby uznała to za stosowne może np. wybrać elektorów samemu (taki sposób zresztą funkcjonował w wielu stanach przez wiele lat). System ten powoduje, że zdarza się, że kandydat, który uzyskał mniejszość w głosowaniu powszechnym uzyskuje przewagę w kolegium elektorskim i zostaje prezydentem. Taka sytuacja miała miejsce w latach: 1824, 1876, 1888, 1960 i niedawno w 2000.

 

W Polsce - Prezydent jest wybierany w powszechnych wyborach prezydenckich na 5-letnią kadencję (wygrywa ten kandydat, który otrzyma bezwzględną większość głosów). Może on sprawować tę funkcję maksymalnie przez dwie kadencje.

W USA - rząd jest powoływany przez prezydenta po uzyskaniu aprobaty Senatu. Władzę ustawodawczą sprawuje Kongres, składający się z dwóch izb: Izby reprezentantów (izba niższa) i Senatu (izba wyższa). Izba Reprezentantów ma kadencję 2-letnią, liczy 435 członków, jest wyłaniana w wyborach powszechnych i bezpośrednich; liczba reprezentantów poszczególnych stanów jest proporcjonalna do liczby ich mieszkańców (każdy stan musi mieć co najmniej 1 przedstawiciela). Senat jest organem bezkadencyjnym, liczy 100 członków, wszystkie stany mają równą reprezentację — po 2 senatorów (co 2 lata odnawia się 1/3 składu w wyborach częściowych).

W Polsce - Rada Ministrów, czyli rząd, jest kolegialnym organem władzy wykonawczej. W jego skład wchodzą: prezes Rady Ministrów (premier), wicepremierzy, ministrowie oraz przewodniczący komitetów.

Tryb tworzenia rządu określony jest w Konstytucji RP, w myśl której, prezydent desygnuje Radę Ministrów wraz z prezesem Rady Ministrów. Premier w terminie 14 dni, przedstawia Sejmowi program działania rządu z wnioskiem o udzielenie wotum zaufania. Sejm uchwala wotum zaufania bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. W przypadku, gdyby rządowi nie udzielono wotum zaufania, Sejm w ciągu kolejnych 14 dni wybiera premiera oraz proponowanych przez niego członków Rady Ministrów wg takich samych reguł głosowania. Prezydent RP powołuje tak wybrany rząd i odbiera przysięgę od jego członków. Na wypadek, gdyby w takim trybie rząd nie został powołany Konstytucja RP przewiduje inne rozwiązanie. Prezydent w terminie 14 dni powołuje Prezesa RM i na jego wniosek członków RM. Sejm w ciągu następnych 14 dni udziela jej wotum zaufania, tym razem większością głosów. W razie nieudzielenia w takim trybie rządowi wotum zaufania, Prezydent RP skraca kadencję Sejmu i zarządza nowe wybory

Czy Polsce naprawdę potrzebne są oddzielne stanowiska Prezydenta i Premiera? Jakie są korzyści z równoczesnego utrzymywania pałacu prezydenckiego i gabinetu rady ministrów, i, czy wreszcie stać nas na tak wielką rozrzutność, kiedy brakuje pieniędzy na wiele jednostek sfery budżetowej?

Jesten ciekaw co o tym myślicie…

Tarcza antyrakietowa

Fakty i mity             

Jakby mało nam było wewnętrznych problemów w kraju, to jednak przez  wielu uważany za naszego militarnego sojusznika USA zafundował nam niezły pasztet pt. Tarcza antyrakietowa. Siedząc któregoś dnia przed ekranem komputera zacząłem w tym kontekście przeglądać mapy, aby spróbować zrozumieć w jaki to cudowny sposób ów system miałby zapewnić nietykalność zarówno USA jak i jej 50 światowym sojusznikom. Wiele na ten temat pisze Wikipedia w linku:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Tarcza_antyrakietowa

Kiedy zapoznawałem się z opisem tego systemu coraz bardziej otwierały mi się oczy ze zdumienia. O USA można powiedzieć bardzo wiele zarówno złego jak i dobrego, ale jednego z całą pewnością nie. Departament Obrony USA to nie jest banda naiwniaków którzy mogli by uwierzyć w mrzonki o skuteczności tego systemu. Zacząłem się więc zastanawiać – co tak naprawdę leży u podstaw całego tego pomysłu, bo przecież nie jest nim militarne zagrożenie ze strony Rosji czy innego kraju posiadającego broń atomową.

Dzisiejsze głowice nuklearne nie stanowią moim zdaniem realnego zagrożenia. Po pierwsze – nie są w stanie zniszczyć terenu całego kraju docelowego. Po drugie – ewentualny agresor, musi sobie zdawać sprawę z groźby odwetu państwa atakowanego. Pocisk zestrzelony nad terytorium dowolnego kraju wcale nie zostaje w tym momencie zneutralizowany. Skutki będą co prawda mniejsze ale i tak wywoła to wiele znanych przecież wszystkim konsekwencji. Rozmieszczenie amerykańskich głowic jądrowych na terenie Europy w sposób całkowity realizuje odwetową funkcję bez dodatkowych nakładów. Krążące bezustannie nad naszymi głowami satelity szpiegowskie są wstanie bardzo precyzyjnie wskazać miejsce z którego taki pocisk został wystrzelony.

O co więc chodzi USA w forsowaniu  tego zbędnego moim zdaniem systemu?

Odpowiedź na to pytanie znaleźć już można w zasadzie w pierwszych akapitach tekstu jaki wskazałem w linku Wikipedii. Kiedy dokładniej przyjrzymy się liczbom, każdy, nawet mało obeznany w tym temacie człowiek z pewnością zauważy sumy wydatków przeznaczonych na realizację projektów jak i znane nazwy największych koncernów takich jak Boening, Orbital Sciences, Lockheed Martin, Raytheon czy Northrop Grumman.

Bajońskie wprost sumy jakie mają zostać wydane na ten cel do 2023, roku to przecież nic innego jak olbrzymia lokomotywa przemysłu militarnego USA którego udział w gospodarce tego kraju trudno nie docenić.

Co więc nam daje umieszczenie na terenie Polski jednej z części tego amerykańskiego systemu?

Jak na razie same problemy. Jednym z warunków zbudowania przez Amerykanów wyrzutni antyrakietowej w Polsce ma być przyznanie nowej bazie wojskowej niemal eksterytorialnych praw.  Amerykanie chcą mieć wyłączne prawo do decydowania o użyciu wyrzutni, choć zgodnie z przepisami międzynarodowymi Polska byłaby za to współodpowiedzialna. Polskie władze musiałyby zadowolić się jedynie ogólnym pojęciem o zamontowanym na terenie bazy sprzęcie, bez możliwości dokonania inspekcji; a personel miałby podlegać prawu i sądom USA, niezależnie od tego, czy popełni przestępstwo na terenie jednostki, czy poza nią. Korytarz Gdański?

Kiedy dodamy do tego wszystkiego napięte i tak z przeciwną projektowi Rosją, zaczyna rysować się niezbyt wesoły obraz.

Według Departamentu Obrony USA – całość kosztów związanych z budową tego systemu mieli by ponieść amerykanie jednak patrząc na dotychczasową realizację choćby tylko obietnic związanych z offsetem za zakup myśliwców F-16, wydaje mi się to mało prawdopodobne.

W niezbyt odległej historii Polski mieliśmy wiele powodów do narzekań na wyjątkowo niekorzystne położenie geopolityczne za sprawą istnienia obszaru wpływów Rosji. Czasy po zburzeniu muru berlińskiego, wstąpienie naszego kraju do struktur NATO – pozwalało patrzeć na ten problem z nieco większą dozą optymizmu. Czyżby teraz za sprawą polityki i interesów gospodarczych naszego sojusznika mielibyśmy wpaść na własne życzenie z deszczu pod rynnę?

Ja osobiście jestem przeciw. Jest ktoś za?

 

P.S. dodane 2008-02-04  12:22

Zainteresowanym dogłębną analizą tego problemu polecam jeszcze dodatkowe linki - tym razem na portalu tvn24.pl

http://www.tvn24.pl/-1,1537611,wiadomosc.html

oraz na tym samym portalu:

http://www.tvn24.pl/-1,1537624,wiadomosc.html

Także Onet poświęcił tej sprawie uwagę w linku:

http://wiadomosci.onet.pl/1685536,12,item.html

Zapraszam serdecznie do dyskusji

Niedzielnym porakiem

Zastanawiałem się dosyć długo zanim napisałem ten tekst. Jest w końcu niedziela i wszyscy chcą odpocząć od polityki. Wynieść się choć na chwilę z tego podwórka, gdzie wciąż te same zabawki zaczynają nas nudzić. Piaskownica w której tak na co dzień lubimy się taplać – w niedzielę przypomina już tylko krajobraz po stoczonych blogowych bojach.

Tak sobie pomyślałem  - że trzeba by ten piaseczek jakoś wyrównać. Uklepać. Przygotować na poniedziałek. W końcu jutro wrócimy tam znowu i jak dzieci zaczniemy budować z ziaren piasku spiskowe teorie dziejów.

Nie ma się co obrażać. Wszak jesteśmy tylko obserwatorami czegoś – co biegnie obok nas. Owszem. Jesteśmy w tym piasku zakopani po uszy. Gdyby było inaczej – nie było by nas tutaj. Jesteśmy.

Wracając do sprzątania. Postanowiłem sporo zmienić  w moim pogmatwanym zmaganiami życiu. Poczucie nieomylności stworzonych na własne potrzeby idei zamienić w umiejętność słuchania. Nie zapytacie pewnie co mnie naszło ale i tak wam powiem.

Tydzień temu – bardzo wczesnym porankiem uchyliłem okno balkonu, ale ponieważ była to niedziela, postanowiłem sobie jeszcze troszkę poleniuchować. Szarzejący świt utrzymywał pokój w półmroku a dochodzący z za firanek śpiew budzących się do życia ptaków wytworzył nastrój w sam raz pod kołderkę. Jak wiadomo wszem i wobec – w takich chwilach najlepiej się myśli. Przychodziły różne. Wszak po pięćdziesiątce wspomnień jest bez liku. Namnożyło się tego przez lata tyle – że czasami je trudno okiełznać i wiecie co mi się przypomniało?

Dzieciństwo.

Czasy – kiedy mając bodaj – dokładnie nie pomnę ale chyba z 11 lat, po raz pierwszy pojechałem na kolonię. Pamiętam jak dziś ten budynek szkoły na Wzgórzu Nowotki w Gdyni, Przepiękna okolica. Kilkaset metrów dalej rozpościerał się widok starego sosnowego lasu. Wchodząc do niego czuło się w powietrzu zapach żywicy pomieszanej z wonią odległego kilometr dalej morza

  

Schodziło się nad jego brzeg szerokim wąwozem, porośniętym krzewami zielonych do nieprzytomności paproci, mchów i innych porostów jakie zdołały się tylko w tej piaszczystej glebie ukorzenić. Jego ujście zamykała połyskująca promieniami słońca żółto białej barwy wydma. Tuż za nią – jak daleko mógł sięgnąć wzrok rozlewała się granatowa toń wody Zatoki Puckiej. Czasem – gdzieś na horyzoncie pojawiał się zarys maleńkiego jak pudełko zapałek handlowego okrętu. Woda rozlewała się po piaszczystej plaży i cofała z powrotem zostawiając na brzegu niezliczoną ilość małych bialutkich jak śnieg muszelek. Drobne kamyczki – a czasem jeszcze mniejsze drobiny bursztynu.

Czemu mi się to przypomniało?

Któregoś dnia – bo musicie wiedzieć – zawsze byłem buntowniczą naturą – postanowiłem się urwać. Cały budynek szkoły pogrążony był jeszcze we śnie a ja – chyłkiem wydostałem się na zewnątrz i pobiegłem w kierunku morza. Widoki jakie po drodze docierały opisałem wam już wcześniej. Kiedy jednak znalazłem się już nad brzegiem morza uderzył mnie jeszcze jeden widok. Na uschniętym, zwisającym ze skarpy konarze drzewa siedziała biała mewa. Niewiedzieć czemu poszedłem w jej kierunku. Ta jednak wcześniej wzbiła się wysoko w górę i kiedy była już w połowie drogi pomiędzy linią horyzontu a brzegiem plaży pożegnała mnie dziwnym krzykiem. Do dzisiaj nie wiem co chciała mi powiedzieć. Pamiętam ten krzyk – jak by był głosem tęsknoty.

Czy Pan już nie kłamie?

 

Pytanie z grupy tych na które nie da się odpowiedzieć jednym słowem. Jeżeli odpowiem „tak” – okaże się że wcześniej kłamałem. Jeżeli „nie” – oznaczać to będzie iż kłamię nadal.

Nie o mnie jednak w tym poście chodzi a o byłego ministra sprawiedliwości Pana Zbigniewa Ziobrę.

Z góry muszę się zastrzec. Mam swoje zdanie na ten temat ale postaram się milczeć. Nie będę więc tutaj oceniał czy Pan Ziobro kłamie czy mówi prawdę. Przedstawię tylko kilka medialnych doniesień, pozostawiając ocenę wam samym. Chciałbym dzięki temu upewnić się w swojej opinii i mam nadzieję że postaracie się mi w tym pomóc.

Jak podaje Ministerstwo Sprawiedliwości …Płyty główne i dyski laptopów byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry oraz pracownika jego gabinetu politycznego są uszkodzone…

Zdaniem Pana Ziobry, "jest to bezprawna inwigilacja". Nie zaprzecza jednak, że sprzęt, który oddawał, został zniszczony.

Nie znam się na procedurach jakie w takim przypadku obowiązują w ministerstwach ale wydaje mi się dziwnym  fakt pozostawienia sprawy bez echa. Wszak przedmiotowe laptopy nie były prywatną własnością pana Ziobry a mieniem państwowym (czytaj naszym) i chyba istnieje jakaś prawna ochrona ich stanu technicznego.

Oczywiście. Może tak się zdarzyć, – że laptop spadnie dajmy na to ze stołu. Problem jednak w tym – że nie noszą one takiego rodzaju uszkodzeń a już pobieżna analiza ich stanu wskazuje na ich celowe zniszczenie. W jakim celu?


Zdaniem rzeczniczki Prokuratury Okręgowej w Warszawie, do której nie dotarło doniesienie o popełnienie tego czynu Katarzyny Szeskiej …jeżeli ministerstwo w ramach swych wewnętrznych procedur ujawniło przypadki uszkodzenia sprzętu komputerowego i przekaże prokuraturze stosowne informacje, prokuratura wdroży stosowne postępowanie

 I całkiem słusznie. W końcu skąd niby prokuratura ma wiedzieć że do takiej dewastacji doszło? Moim zdaniem jest to także zastanawiający wątek sprawy albowiem mogło by się wydawać że wspomniane ministerstwo już dawno powinno to było uczynić. Dlaczego do tej pory tego nie zrobiło?

Jak tłumaczy Sławomir Różycki z Biura Informacyjnego resortu …oba uszkodzone laptopy pozostają w ministerstwie, zaś prokuratura prowadząca śledztwo przeciw Kaczmarkowi, Kornatowskiemu i Netzlowi, ma jedynie komputery stacjonarne - m.in. Ziobry, szefa jego gabinetu politycznego i b. wiceprokuratora generalnego Jerzego Engelkinga. - O laptopy prokuratura w ogóle do nas nie występowała

Czyżby więc ministerstwo miało uznać że poczynione szkody w mieniu państwowym są wewnętrzną sprawą resortu i wszystkim od tego wara?


Zbigniew Ziobro nie chce komentować doniesień o tym, w jakim stanie pozostawił swój służbowy laptop. Według niego …badanie jego prywatnych dokumentów pozostawionych na laptopie to prześladowanie polityczne opozycji i inwigilowanie. - To działania bezprawne. Nikt nie ma prawa badać, co zostawiłem na dysku, skoro nie ma podejrzenia popełnienia przestępstwa.

Czy rzeczywiście? Czyżby pan Ziobro zapomniał, że bycie ministrem sprawiedliwości to jego praca, że sprzęt którym dysponował to państwowe mienie, a więc mówienie w tym momencie o prywatnych dokumentach to albo mój obłęd albo pan Ziobro oszalał.

Jak już wspomniałem na wstępie nie mam zamiaru stawiać tezy że Pan Ziobro kłamie lub nie. Dziwnymi jednakże wydają mi się przedstawione powyżej fakty. Fizyczne uszkodzenia dysków twardych komputera wykonuje się tylko w celu zniszczenia danych jakie się na nim znajdują. Wydawać by się mogło, iż tak uczciwy człowiek jakim chce się mienić były już pan minister sprawiedliwości, powinien wprost dążyć do kontynuacji prowadzonych przez jego ministerstwo dochodzeń, przekazując swojemu następcy maksimum wiedzy na ten temat. A może mi się tylko tak wydaje?

Rozprawki o cyniźmie część druga

Pomimo wielu zachwytów jakie wygłaszają badacze dzieł Diogenesa uważam cynizm za paskudną chorobę, gorszą od syfilisu, trądu i AIDS. Na wymienione przed chwilą choroby można będzie wynaleźć szczepionkę i dzięki niej w jakimś stopniu uodpornić. Na cynizm szczepionki nie ma (chyba że potraktowanie cynika butem) a diabelstwo to jak rozejrzeć się w około jest okropnie zaraźliwe.

Także tutaj – na blogach – szerzy swoje dzieło spustoszenia dobrych obyczajów.

Lękliwych od razu uspokajam. Nie będę w tym poście podawał przykładów i nicków. Nie muszę tego robić bo każdy z Was zetknął się na blogach z cynizmem komentatorów. Głuchych na argumenty, a jednocześnie przekonanych o swoim posłannictwie szerzenia jedynie słusznej prawdy.

Kilka miesięcy temu (obecnie jakoś rzadziej) zarzucano mi brak konsekwencji w prezentowaniu swoich poglądów. Celowo wracam do tej opinii, aby unaocznić pewne zjawisko które tyczy się (nie tylko) mojej osoby. Zanim podejmuję polemikę z komentatorem postu – staram się odgadnąć jego sposób myślenia. Zastanawiam się czy aby nie ma racji prezentując odmienne stanowisko i jeżeli dostrzegam swój błąd to po prostu zmieniam swoje zdanie. Jak to się więc ma do tych komentatorów którzy wysuwali mi opisany zarzut?

Blogi o tematyce politycznej są szczególnie narażone na zaszczepianie w nas przez polityków cynizmem. Wiadomą jest przecież rzeczą, że praktycznie nikt z nas nie jest pozbawiony preferencji określonego ugrupowania politycznego. Zawsze też jest tak – że opozycja jest w dużo lepszej sytuacji od obozu rządzącego. Naturalne prawo do krytyki powinno mieć jednak jakieś ramy przyzwoitości.

Niestety. Nie ma. Doszło już do takiego wzajemnego zacietrzewienia – że nawet  próby stosowania pojednawczych komentarzy, zostają z nastawieniem pełnym cynicznego jadu rozumiane nie jako próba nawiązania dialogu, ale oznaką słabości komentatora, którą należy natychmiast wykorzystać aby pokazać własną – choćby chwilową przewagę.

Zastanawiałem się swego czasu nad wspólnym opracowaniem blogowej netykiety. Umieszczeniu jej na jakimś „sztucznie” stworzonym blogu a nam wszystkim wpojeniu nakazu wcześniejszego jej odwiedzenia zanim napiszemy jakiś nowy post lub komentarz. Pomyślałem jednak że na nic się to zda. Przecież każdy z nas jest właśnie tym blogowiczem, który taki „kodeks” ma zarówno w głowie jak i w sercu a cała reszta to się tylko czepia.Nie prawda ?

Rozprawki o cyniźmie część pierwsza

Cynizm. Według słownika Kopalińskiego to postawa życiowa charakteryzująca się nieuznawaniem wartości poważanych w danej grupie i deprecjonowaniem szanowanych przez nią instytucji, sposobów postępowania i autorytetów. Negacją i lekceważeniem wszelkich zasad i wartości.

Już sama definicja cynizmu podana przez Kopalińskiego nastraja mnie do szerszego zajęcia się tym  problemem albowiem właśnie dzisiaj, w czasie fali strajków i niepokojów społecznych zjawisko cynizmu nabiera szczególnego znaczenia.

Czytając wypowiedzi polityków czy też słuchając relacji telewizyjnych i radiowych nie mogę się wprost oprzeć wrażeniu, iż w swej cyniczności zaczynają bić na głowę swych ateńskich mistrzów tego gatunku jak Diogenes czy Krates

Szkoła filozoficzna założona przez Antystenesa  z Aten głosi, że cnota jest czymś zdobywanym na stałe przez wiedzę łączoną z praktycznym działaniem. Cnotliwy mędrzec jest wolny a  prawem dla niego jest tylko natura.

Cynicy za cel życia uważali nauczanie moralności wśród ludności pochodzenia plebejskiego. Przekładając napisane tutaj słowa, można by wysnuć twierdzenie, iż wszechwiedzący (czytaj – politycy) traktując nas plebejuszów jako nieokrzesany twór natury noszą w sobie powołanie mające wpoić nam zasady moralności której to my sami ani krztyny nie posiadamy. Aż chciało by się tutaj zakrzyknąć słowo „jakiej” – bo przecież samej moralności mamy zbyt wiele gatunków aby móc się z nimi wszystkimi utożsamiać. Ten zaś jej rodzaj, jaki ja widzę najczęściej w postępowaniu wymienionych elit, to gomułkowski jej rodzaj czyli mówiąc kolokwialnie moralność alfąsa.

Skąd tak drastyczne porównanie?

Ano stąd, iż owi „mędrcy” społeczeństwo wyobrażają sobie w roli prostytutki z którą można zarówno zrobić co tylko się im podoba jak i oddać we władnie innemu ugrupowaniu (politycznemu) kiedy widzą że zaczynają tracić nad nim pełną kontrolę.

Mało im i tego.

Także pomiędzy nimi samymi a należącymi do różnych ugrupowań – to przeciwstawne również starają się traktować jak plebejuszy. Do najznamienitszych postaci cynicznej arystokracji zaliczam osobiście dwie osoby. Pana Jerzego Urbana oraz Michała Kamińskiego.

Obaj wymienieni w tym miejscu panowie z uśmiechem na ustach wprost do perfekcji opanowali sztukę manipulowania faktami w taki sposób, iż nawet sami ich mocodawcy zaczynają się gubić, czy oświadczenie podobnej treści kazali im wygłosić w ogóle i w którym to było momencie. W podobnej roli ostatnimi czasy zaczyna im dorównywać również przedstawicielka płci odmiennej, i mam tu na myśli panią Annę Fotygę. Przykładów jej elokwencyjnej twórczości chyba nie muszę tutaj specjalnie ukazywać – ograniczę się więc do złożonego przez nią oświadczenia na temat „zaproszenia” (czytaj – wezwania) do pałacu prezydenckiego pana ministra spraw zagranicznych. Wynika z niego swoiste kuriozum w którym jako tryb pilny uznaje się taki sposób postępowania przy którym można się „specjalnie nie śpieszyć”c.d.n.

Witam serdecznie

Witam na moim nowym blogu.

Nowym pod względem miejsca a nie treści. Spotkacie tutaj mnie takiego samego jak na Onecie. Takie typy jak ja są bardzo trudne do wprowadzania zmian w konstrukcjach myślowo-osobowych.

Jeżeli któregoś dnia zechcecie zagościć w przestrzeni Windows Live to pomogę wam w tym bo choć założenie bloga jest tutaj nieco trudniejsze niż w Onecie to późniejsze jego prowadzenie jest nieporównywanie łatwiejsze. Wszystkie narzędzia dostaniecie za darmo a ode mnie? – wsparcie techniczne i życzliwość.

 szampan2

Witam

 

p.s. Aby dodać komentarz powinniście posiadać identyfikator Live ID. Uzyskanie identyfikatora jest całkowicie anonimowe. Firma Microsoft zapewnia całkowite bezpieczeństwo operacji. Nie są przy tym zbierane żadne informacje dotyczące waszego komputera ani oprogramowania. Jako login podajecie wasz aktualny aders poczy internetowej a jako hasło - aktualne do tego konta hasło. Po uzyskaniu Windows Live ID macie dodatkowo szybki dostęp do wielu innych produktów tej firmy.  

02 marzo

Zabawy z grafiką

To naprawdę nie trudne. Odrobina wyobraźni, dwie mapy Polski. Jedna z przed 1939 roku i druga po 1945. Ustawiam przeźroczystość jednej na 50% i nakładam na drugą. Zupełnie tak – jakby jedna była namalowana na szkle. Później nie wielki retusz – bo optymistycznie zakładam że na wschodzie nic się nie zmieni. Popatrzcie co z tego wyszło.

  

Bawimy się w ruchy separatystyczne na ziemiach wyzyskanych.

Część – bliżej nie sprecyzowana liczba ludności za sprawą pani Steinbach zostaje grzecznie poproszona o udanie się poza granice IV Reszy. Reszta zostaje zasymilowana podpisując stosowną lojalkę. Jedno jest optymistyczne. Odpada nam problem z Centrum Wypędzonych. Tylko co dalej. Zbliża się wieczór. Speaker ogłasza 50 stopień zasilania. Gasną światła i komputery. Gaśnie oświetlenie ulic i w ogóle wszystkiego co się da.

Nie ma węgla, stoją elektrownie, pociągi i tramwaje. Brak odpowiedniej ilości mieszkań powoduje że wiele rodzin szuka schronienia pomiędzy kontenerami na śmieci. Część – ta co miała szczęście – zostaje dokwaterowana do tych którym udało się pozostać w granicach Rzeczypospolitej. Bezrobocie wzrasta o ok. 30% czyli razem do 45%. Praktycznie co drugi Polak pozostaje bez źródła utrzymania. Kradzieże i rozboje stają się codziennością i to w skali dotychczas nie spotykanej.

Mam pisać dalej? A może ktoś dokończy? A może nikt się w ogóle nie domyśla o co mi chodzi?

Vivat Rex (a i o Kosowie też coś będzie)

(to nie jest dalszy ciąg cyklu Polski XVII wiecznej)

Dzisiaj - 20 luty i Kraków. O czym więc mam pisać zmęczony Kosowem jak nie o koronacji ostatniego z dynastji Jagiellonów króla Zygmunta II Augusta.

Katedra Królewska na Wawelu roku 1530, w jej wnętrzach

  

jak i dookoła niej zgromadzona magnateria, zgiełk i gwar gawiedzi. To właśnie tutaj 20 lutego arcybiskup gnieźnieński i prymas Polski  Jan Łaski koronował go vivente rege na króla Polski.

Zygmunt II August.

  

Postać dosyć malownicza jak na osobę sprawującą urząd króla. Znana dosyć dobrze obseratorom wydarzeń tamtego okresu historii Polski z telewizyjnego serialu poświęconemu jego matce Bonie Sforzy(Sforca). Nie będę się więc tutaj rozpisywał nad jego „wyczynami z pogranicza alkowy” a chciałbym przejść do rzeczy ważniejszych  z racji swojego znaczenia dla losów XV wiecznej Polski a za sprawą Augusta poczynionych i to w kontekście również Kosowa bo przecież wciąż nasuwają się analogie do zmiany granic tym razem w obszarze Rzeczypospolitej na przestrzeni wieków.

Dzisiaj szalenie trudno były by sobie nawet wyobrazić sytuację w której mielibyśmy rościć sobie pretensje do Inflant

  

(tereny leżące dzisiaj w obszarach Łotwy i Estonii), a przecież to za sprawą owego króla przyłączonych do korony 1561 roku.

Wróćmy jednak do osoby naszego króla.

Zygmunt August z Bożej łaski król Polski, wielki książę litewski, a także książę ziem: krakowskiej, sandomierskiej, sieradzkiej, łęczyckiej, kujawskiej, kijowskiej, ruskiej, wołyńskiej, pruskiej, mazowieckiej, podlaskiej, chełmińskiej, elbląskiej, pomorskiej, żmudzkiej, inflandzkiej etc. pan i dziedzic, w 1557 roku przeprowadził udaną demonstrację zbrojną, w wyniku której zmusił kawalerów mieczowych do jednoznacznego opowiedzenia się po stronie polsko-litewskiej w jej konflikcie z Rosją.

14 września 1557 roku, ostatni wielki mistrz zakonu Kawalerów Mieczowych Gotthard Ketler został lennikiem Polski z utworzonego świeckiego Księstwa Kurlandii i Semigalii. Rozpoczęła się wtedy I Wojna Północna o panowanie nad Bałtykiem. Między innymi z uwagi na problemy, związane z ciężką wojną o Inflanty, prowadzoną z carem Rosji Iwanem IV, król Zygmunt II August, szukając szerszego wsparcia wśród szlachty, zdecydował się na wprowadzenie postulowanych przez nią reform, m.in. podatkowych, gospodarczych i utworzenia stałego wojska. Skarb państwa zasiliła zwłaszcza tzw.egzekucja dóbr, tj. zwrot części majątków rozdanych magnatom.

Zygmuntowi II nie udało się zrealizować wszystkich zamierzonych reform, w tym zwiększenia stanu wojska, wobec braku zgody szlachty na podwyższenie podatków. Pozytywnie natomiast przebiegła unifikacja państwa. Objęła część ziem Śląska, Mazowsza o Prus Królewskich, zaś przede wszystkim 1 lipca 1569 w Lublinie zawarta została unia, która połączyła ostatecznie Koronę i Litwę w jedno państwo Rzeczpospolitą Obojga Narodów ze wspólnym królem, sejmem, pieniądzem i polityką zagraniczną. Odrębne pozostały prawa, wojsko, skarb i urzędy. Podlasie, Wołyń, Kijowszczyzna znalazły się w Koronie.

19 lipca 1569 złożył mu w Lublinie

   

hołd lenny książe pruski Albrecht Fryderyk Hohenzollern.

W 1570 roku zwołał do Szczecina kongres pokojowy, który zakończył się 13 grudnia podpisaniem pokoju w Szczecinie kończącego I wojnę północną.

Zygmunt II August zmarł w 1572 r. w Knyszynie, jako ostatni polski monarcha z lini męskiej dynastii jagiellońskiej

Niewolnik

Do napisania tego postu zainspirowała mnie taka oto obserwacja. Z jednej strony jesteśmy za gospodarką rynkową i liberalizmem – z drugiej – przeciw. Zachłyśnięci widokiem dobrobytu panującego w dawnych krajach UE, gdzie zwykłemu obywatelowi żyje się całkiem nieźle mamy nieodpartą chęć dążenia właśnie w tym kierunku poczym nadchodzi refleksja po zaglądnięciu do własnego portfela. Zadajemy sobie wtedy pytanie. Jak to jest z tym dobrobytem. Kiedy będziemy mogli korzystać z rozgłaszanego na lewo i prawo wzrostu gospodarczego naszego państwa. Rodzą się w tym momencie frustracje i antagonizmy pomiędzy tymi którzy wziąwszy swój los w swoje ręce zmuszeni są do ustawicznego borykania się z tysiącami bzdurnych przepisów tłamszących rozwój przedsiębiorczości a tymi dla których problemy te są zupełnie obce. Oddają swoją pracę za wynagrodzenie które trudno nawet nazwać marnym. Nie zagłębiając się w meandry przeciwności jakie spotykają na co dzień przedsiębiorców poszukują odpowiedzi na pytanie czy w Polsce panuje feudalizm czy kapitalizm.

Tymczasem przedsiębiorcy ustawicznie podnoszą głosy mówiące o nadmiernym fiskalizmie państwa, ograniczeniach w swobodzie zatrudnienia, ułomności decyzji administracyjnych rozporządzeń i wielu, wielu innych ograniczeń tłamszących rozwój ich firm. Z punktu widzenia pracodawców takie a nie inne właśnie wynagrodzenia są maksymalnymi na jakie ich stać przy założeniu że firma ma generować zyski pozwalające na jej rozwój który w konsekwencji ma umożliwić zmniejszeniu bezrobocia na rynku pracy.

Mamy dosyć tego wyzysku – mówią wszyscy ci którzy dosyć często w nieodległej jeszcze przeszłości stali bezradnie pod tablicami informacyjnymi urzędu zatrudnienia lub też należeli do grona szczęśliwców którym udało się pracy nie stracić. I oni także mają rację wypowiadając te słowa ponieważ z niewolnika nie masz pracownika. Zamiast myśleć nad wykonywaną pracą tak aby być jak najbardziej wydajnym zastanawiają się jak mają dożyć do pierwszego kiedy stojąc przed ścianą płaczu bankomat beznamiętnie informuje ich o braku środków na koncie.

Jak zatem przerwać ten gordyjski węzeł dzielący nas od obiecywanego dobrobytu. Nie jestem taki mądry. Nie wiem. Wiem jednak że są ludzie w których pokładamy nadzieję kiedy idąc do urn wyborczych oddajemy na nich głosy. Ci jednak zamiast zająć się rozwiązywaniem problemów gospodarczych bardziej wikłają się w personalne rozgrywki oraz nabijanie własnej kasy. Pamiętajmy o tym idąc do wyborów i głosujmy na ludzi którzy mniej mówią a więcej robią. Mam nadzieję dobrego.